Kobiety z pociągu

Na Dworcu Głównym w Gorzowie Wielkopolskim poprosiłem panią kasjerkę o bilet na najszybsze połączenie do Warszawy Wschodniej. Była 14.30, w piątek, 8 grudnia, niecałą dobę po przestawieniu Szydłowej na boczny tor. Za 85 złotych, dwie spółki kolejowe miały mnie przetransportować do celu, w ciągu siedmiu i pół godziny, trasą o długości 500 kilometrów.

Półtorej godziny zajął mi przejazd do Zbąszynka, na stojąco, w korytarzu pomiędzy drzwiami do wagonu. Wprawdzie mogłem sobie przysiąść na rozkładanym siedzeniu, ale bałem się, że ktoś zahaczy nogą o słoik z gorącą zupą dyniową, który dała mi Ela, a ja cudem upchnąłem go w kieszeni kurtki. Być może parę licealistek-maturzystek nieco się zdziwiło, że trzy razy starszy od nich facet nie korzysta z siedziska, ale były na tyle miłe, że nie dały mi do zrozumienia, bym się przeniósł w inne miejsce. Bez skrępowania wymieniały się opiniami na temat egzaminu z polskiego, uznając, zapewne słusznie, że jest do przejścia. W Skwierzynie do wagonu weszła spora grupa żołnierzy po cywilu i całkowicie odizolowała mnie od maturzystek.

Stacja w Zbąszynku będzie mi się odtąd kojarzyła z bardzo energiczną, konkretną i stanowczą panią zawiadowczynią, która przemieszcza się błyskawicznie z peronu na peron swoimi przejściami przez torowisko. Kiedy chciałem ją naśladować, szybko skierowała mnie do przejścia podziemnego. Niepotrzebnie się spieszyłem, gdyż pociąg nr 70109 „Gałczyński” był kilka minut opóźniony. Kolejarka, która wyskoczyła na peron z pierwszego wagonu, może kierowniczka a może konduktorka, była oszałamiająco piękna, więc zaraz zacząłem żałować, że mam miejscówke wyznaczoną w następnym, osiemnastym wagonie, w skrajnym przedziale, na środku kanapy pod numerem 104. Kiedy poprzednio jechałem polskim pociągiem, to ten skrajny przedział posiadał zamontowane popielniczki, a jeden pasażer – Afroamerykanin z Olsztyna, przekonał obsługę pociągu TLK, że ma prawo palić w przedziale.

Cztery miejsca w moim przedziale były już zajęte przez trzy panie i jednego pana. Na prawej kanapie, gdzie był numer 104, było na szczęście sporo wolnego miejsca. Grzecznie się przywitałem i porozkładałem na półkach swoje rzeczy: szalik, kurtkę ze słoikiem oraz wypchaną maksymalnie torbę od laptopa. Zrobiłem to tak delikatnie, że nawet nie zareagowała pani przy oknie, z głową ukrytą w kurtce, ze słuchawkami od smartfona w uszach. Za to druga sąsiadka na chwilę oderwała się od pasjonującej lektury kryminału pt. „Motylek” i spojrzała na mnie swoimi żwawymi i wesołymi oczami. Jedną trzecią drugiej kanapy zajmował potężnie zbudowany mężczyzna, którego twarz, gdyby dodać wąsy, byłaby całkiem podobna do mego kolegi Stepana. Tenże pan czytał raczej pobieżnie jakieś kolorowe czasopismo, z reklamą biografii Hitlera na tylnej okładce, a ponieważ na pożegnanie ofiarował mi to wydawnictwo, więc podaję, że była to polska edycja miesięcznika „Scientific American”. Miejsce przy drzwiach zajmowała stateczna, nieprzeciętnie urodziwa pani, ze złotawą broszką, wpiętą w klapę czarnego żakietu. Drugi atrybut tej pani stanowił smartfon.

Cisza w przedziale najbardziej dręczyła panią z „Motylkiem”. Bezradnie zamykała książkę, jakgdyby dawała sygnał do rozpoczęcia rozmowy, a tu te trzy – jak podejrzewam – urodzone gaduły, milczały jak zaklęte. Ich dumne milczenie przerwało nagłe przebudzenie się pani spod okna i pytanie, dokąd już dojechaliśmy? Wtedy wyskoczyłem jak Filip z konopi, odpowiadając, że prawdopodobnie zbliżamy się do Poznania. Szybko mnie wyjaśniono, że to raptem Nowy Tomyśl, lecz dialogów to nie przerwało. Poruszyliśmy sprawy bardzo różne, jak np. poprawa jakości torów i dróg, zwyczaje kotów, nauczanie w przedszkolu, warianty wydań kryminału „Motylek” i in.

Wątek przedszkolny, który zaczęła pani z broszką, zaintrygował mnie najbardziej. U zarania III RP miałem pomysła, jak sprywatyzować przedszkole i zostać w nim dozorcą. Dziesięć lat temu zaś, usiłowałem unieważnić przekształcenie własnościowe w placówce przedszkolnej, dokonane modo minister Hall. Dwóch sędziów, z którymi toczyłem walkę o uznanie za bezprawne pozbawianie przedszkolanek przywilejów, wynikających z Karty Nauczyciela, otrzymało nominacje na SSO i SSN. Nic dziwnego, że na podstawie paru zdań, a zwłaszcza zacytowanej przez pana polsko-niemieckiej rymowanki „Eine kleine Prosiątko po polu gelaufen”, błyskawicznie wydedukowałem, że współpasażerowie z drugiej kanapy są wykładowcami/ekspertami/konsultantami na kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli wychowania przedszkolnego lub nauczania wczesnoszkolnego. Mechanizm biznesu jest prosty – kuratorium stawia przedszkolankom wymagania, ODN organizuje grupy kursantek, prywatna szkoła prowadzi zajęcia, zapraszając na wykłady specjalistów-voyagerów.

Na dworcu w Poznaniu przedział opuścił pan wykładowca oraz pani z „Motylkiem” i pani z zaległościami w spaniu. Zostałem tylko ja i pani z broszką. Rozmawialiśmy trochę o pociągu relacji Przemyśl – Szczecin i późniejszym Lublin – Szczecin, o wagonach sypialnych w jego składzie, kiedy do naszego przedziału zaczęli wchodzić nowi pasażerowie. Dwaj młodzieńcy deczko podmęczeni i bez miejscówek szukali miejsca do drzemki, ale im się nie poszczęściło. Z miejscówkami doszły trzy panie w wieku studenckim i pani w okresie ochronnym, przewidzianym ustawą emerytalną. Każda ze smartfonem w dłoni i bagażem podręcznym. Tym, które miały walizeczki, pomogłem wstawić je na półki. Ta z plecaczkiem, filigranowa, może jakieś 46 kilogramów, nie potrzebowała mojej pomocy i na dodatek nie zgodziła się na zamianę miejscami.

Miejsce pani z „Motylkiem” zajęła pani w okularach, zachowująca dystans do otoczenia, typowy dla studentek studiów trzeciego stopnia. Vis-á-vis mnie usiadła pani w sukience w róże, która pilnie zakuwała zwroty i słówka obcojęzyczne – a smartfon wedrujący raz po raz do ucha zapewne pomagał jej utrwalać prawidłową wymowę. Po dwóch godzinach zaczęła spoglądać na mnie jak na stworzenie z innej planety, które nie ma się z kim komunikować. Uciekałem wtenczas ze wzrokiem, choć twarzyczka tej pasażerki była bardzo milutka i warta uwagi. Nie wypadało mi też wpatrywać się w okno, bo pani filigranowa uznałaby, że podglądam jej smsy lub strategię w grze on-line. Zauważyłem jednak, że na stoliku pod oknem położyła powieść Jane Austen „Duma i uprzedzenie”.

Bite trzy godziny pracowały smartfony pięciu pań. Żaden nie padł, żaden nie upadł i żaden nie wyfrunął za okno pociągu. Jedynie pani w sukience w róże korzystała z baterii zewnętrznej. Żadna kobieca ręka nie zdrętwiała z przemęczenia od przesuwania ekranu, a kciuki filigranowej pani z taką samą precyzją trafiały we właściwe literki na ekranowej klawiaturze.

Aktywność internetowa pań z mojego przedziału zaczęła maleć na peryferiach Warszawy. Smartfon znów stawał się telefonem, a w przypadku pani wykładowczyni i pani w sukience w róże także robił za lusterko. Nic dziwnego, że to małe urządzenie zmieniło gruntownie zachowanie kobiet w podróży. Nie ma już, a może tylko nie zauważyłem, czytelniczek czasopism kobiecych i chyba żadna z pań nie wzięłaby do ręki jakiegoś kolorowego magazynu plotkarskiego. Smartfon zapewnia paniom maksimum intymności podczas lektury tematów, które je interesują.

Jeśli prawdą jest, że podróże kształcą, to ja dziś mam problem, czy podróże koleją bez smartfona mają w ogóle sens.

Jedno przemyślenie nt. „Kobiety z pociągu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *