Spotkania ze sztuką.

spotkanie1

Niewiele brakowało, żebym przeszedł przez życie całkiem obojętnie wobec malarstwa. Jako dziecko coś tam nabazgrałem kredką lub ołówkiem, potem namęczyłem się przy kolorowaniu Świętej Rodziny w katechizmie, nie załapałem dokładnie, co to jest perspektywa i na koniec „kariery” zużyłem zestaw plakatówek na obrazek o 1-Maja.

Zaliczyłem, jak wszyscy, wizytę w Muzeum Narodowym, zwiedziłem kilka pałaców i zamków z portretami i landszaftami na ścianach, a zdarzało się też, że spałem gdzieś, mając nad głową obraz znanego artysty. Żaden szczegół, żadne wrażenie nie pozostało jednak w mej pamięci. Po dwóch spacerach po Ermitażu zapamiętałem obraz Picassa, przedstawiający dziewczynkę na piłce bądź kuli, zresztą, głównie dzięki dostojnej, arystokratycznej rosyjskiej przewodniczce.

Istotna zmiana nastąpiła, kiedy zacząłem nosić okulary. Nagle zobaczyłem wokół siebie nie tylko obrazy, ale także artystów. Wśród nich: kolegę, który zgrabnie kopiował rosyjskich marynistów, księdza, który akwarelkami uwieczniał na kartkach ze szkolnego bloku rysunkowego wakacyjne widoki nadmorskie, ucznia liceum plastycznego, który portretował swą rodzinę, studentkę Akademii, przygotowującą kompozycję z dwubarwnych kwadracików na obronę pracy dyplomowej.

Zapragnąłem mieć jakiś własny obraz i stał się nim mój portret. Tak się szczęśliwie złożyło, że absolwent kieleckiego „plastyka” miał zagruntowane płótno i przypływ natchnienia w trakcie egzaminów wstępnych. Warto było siedzieć nieruchomo przez pół dnia, aby móc teraz zerknąć na to oblicze z początku III RP, spokojne, zadumane, z wypukłościami wydobytymi przez artystę za pomocą jasnych i ciemniejszych plam.

spotkanie3

W czasie pobytu na Warmii i Mazurach przypadkowo natknąłem się na grupę artystów ze Stowarzyszenia Twórczego Zimna Woda, z nieodżałowanym, śp. Tadeuszem Pfeifferem, na czele. Zobaczyłem malarstwo „małe”, miniaturowe, zajmujące lub wypełniające powierzchnię wielkości kartki z zeszytu lub notesu. Uświadomiono mi, że nie jest ważne, co artysta maluje, tylko jak to robi, ile wysiłku wkłada w komponowanie obrazu /obrazeczka/ i jaki efekt wywołuje u widza. Muszę przyznać, że te miniaturki, stworzone z kreseczek, kółeczek, trójkącików, szlaczków, pętelek i esów-floresów wciąż mam przed oczyma.

spotkanie2

Jeżeli los pozwoli, to chciałbym w niedalekiej przyszłości popatrzeć z bliska na malarstwo artystów „oświeconych”: profesorów i mistrzów. Zachęciły mnie do tego dwa niezwykłe katalogi, wydane z okazji wystaw dwóch Artystów, wywodzących się z łódzkiej ASP – „Malarstwo, grafika” prof. Andrzeja Łobodzińskiego oraz „Pejzaże i martwe natury” dr. Roberta Jankowskiego. Oba wydawnictwa są same w sobie dziełami sztuki- przepięknymi albumami, dopieszczonymi pod względem edytorskim. Przeglądanie ich sprawia mi ogromną przyjemność w długie, chłodne, samotne wieczory. Pejzaże R. Jankowskiego z pogranicza Ziemi Łódzkiej i Mazowsza bardzo lubię porównywać z moimi zdjęciami, wykonanymi podczas wycieczek za Pilicę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *