Ostrym, szwajcarskim nożem poćwiartowałem rumiane jabłuszko, delikatnie zerwane w chłodny lecz jeszcze jasnozłoty, listopadowy dzień i przechowane wspaniale przez cztery miesiące w mrocznej, jakby nieco wilgotnej piwnicy, zakamuflowanej przed wrogimi dronami w końcu ogrodu od strony Wołomina. Jędrny, chłodny miąższ szybko zapełnił mi usta złaknione, nosem poczułem niepowtarzalny aromat, a rozgorączkowany język momentalnie ostygł mi, jak od słodkawego malinowo-cytrynowego soku. 
Za oknem był piękny, słoneczny dzień – przeddzień imienin Macieja. Przeżułem ostatnią cząstkę jabłka, doczytałem do końca trzecią księgę „Życia Arsieniewa” Iwana Bunina i wyszedłem na podwórko nad którym roztaczała się kopuła błękitnego nieba – nieba anielskiego spokoju, bez śladu wojennej awiacji.
Sporo cennych, pogodnych chwil straciłem na odszukanie odpowiednich narzędzi, bo na podorędziu były głównie siekiery i piły jednoręczne.
Dopiero gdzieś w samym kącie garażu, schowana za kosą spalinową, stała piłka ogrodowa z sekatorem na wysięgniku. Wśród nożyc i sekatorów wypatrzyłem dwa przybory firmy Fiskars – czerwony i czarny, bo to moje ulubione kolory.
Ale najbardziej zależało mi na znalezieniu jakiejś maści ogrodniczej, bo to jest balsam dla poranionych drzew. I jak się okazało, coś tam po różnych fachowcach zostało i do błękitnego sekatorka dobrałem żółte pudełeczko.
Z kompletem narzędzi udałem się do mini-sadu, aby rżnąć i ciąć. Głównie te zaborcze wilki – porównanie z tymi nocnymi, moskalskimi samo się narzuca – i zbędne konary. Zozula mi nie kukała, kiedym rozpoczął prześwietlać korony jabłonek. Czasem tylko rozdarła się znajoma bażancica, albo mnie się wyrwała jakaś „jobana mać”.

Po dwóch godzinach trzy jabłonki zostały obsmyczone, a ślady po cięciach zabezpieczone. Teraz można spokojnie czekać chwili, kiedy „…у саду, у садочку соловій щебече…» A na jesieni znów zrywać owoce, jeśli, rzecz jasna, kacapy nie przeszkodzą.