Według internetowych prognoz – tych sprzed miesiąca – zima miała się zakończyć w połowie marca. Bestia ze Wschodu nie okazała się aż tak straszna i szybko się wycofała, kiedy dostała po swych skośnych ślepiach pyłem saharyjskim (kalima).
Sytuacja na dworze była dla mnie istotna nie dlatego, że przejawiam szczególną troskę o klimat, tylko z powodu zepsutej klimatyzacji i nawiewu w mojej madzi, która zaczyna kaprysić jak stara panna. A bez madzi nie chce mi się już nigdzie ruszać, a tym bardziej taszczyć coś w rękach ze wsi do sztetla und zuruck. Trzeba dbać o stawy, ścięgna i palce, a o środkowy zwłaszcza. Czekałem więc na ten moment, kiedy nie będę musiał skrobać przedniej szyby od wewnątrz.
Czekałem z pewną obawą, bo z Doliny Radomki zaczęły dochodzić niepokojące wieści, że patusy z sąsiedniego, wrażego od paru stuleci, sioła, zajęły jeden z pustostanów na okrainie mojej osady. Wprawdzie moja chata z inszego kraja i pod inny okręg administracyjny podlega, ale trzeba być czujny, bo pisoneria o patusów dba, niczym o najbliższą rodzinę. Jednocześnie odkładałem termin wyjazdu, bo cóż z tego, że w sztetlu śnieg stopniał, kiedy u mnie w dolinie z powodu mikroklimatu musiało go jeszcze sporo pozostać. Ale wczoraj, kiedy norweski łącznik – druh Myrosław przekazał mi, że także w okolicach mojej chaty zwiad zauważył podejrzany pojazd, to dziś, w samo południe odpaliłem madzię i udałem się do Doliny Radomki i po sześciu minutach byłem w punkcie docelowym.
Tak, jak podejrzewałem, zima w moim końcu osady jeszcze jest widoczna. Na wjeździe i podjeździe do chaty utrzymała się kilkucentymetrowa warstwa śniegu (madzia ma na jednej osi zimówki, więc nie byłoby problemu z podjazdem, gdyby nie został zatarasowany wyciętymi krzewami przez służby energetyczne – to był ten intruz, o którym donosił zwiadowca), ale ziemia w innych miejscach nawet całkiem owiała. Kruchy lód pokrywał tylko ten fragment rowu, do którego nie wpada woda ze stoku.
Obejrzałem sobie chatę z zewnątrz i ucieszyłem się, że na dachu nie ma widocznych dziur i że komin nadal sterczy. W środku było tylko cztery stopnie na plusie (a na dworze pewnie ze dwanaście). Wdrapałem się nawet na strych, ale tam zwisały pajęczyny tak ogromne i wzorzyste, jak obrusy na plebanii po odpustowym obiedzie. Na szczęście nie dostrzegłem żadnych ptaków, nietoperzy, gryzoni, os lub szerszeni.
Pospacerowałem sobie po obejściu, popatrzyłem na drzewa, wody i kamienie. Pstryknąłem kilka zdjęć, 

zapakowałem kilka słoików z darami lasu i pojechałem nazad doliną wzdłuż Rzeki Radomki. Zapachu wiosny jeszcze nie poczułem.