Kończyłem właśnie przyrządzać śniadanie. Całkiem smaczne: jajecznica na cebulce i kurkach (pieprzniki jadalne – Pfifferlinge).
A Koocia, w permanentnej rui, spozierała z góry na moją patelnię.
Zaproponowałem jej saszetkę „kitty”, ale nie tknęła. Włączyłem jej jakąś telewizję śniadaniową, ale odwróciła się od ekranu na widok kotleta schabowego.
Przerzuciłem pilotem na TVP – Info, zrzuciłem kocicę na dywanik i wróciłem do swych kurek i jajek.
Nagle Koocia zaczęła mruczeć namiętnie i popiskiwać, zadzierać ogon i cofać się na zgiętych łapkach. Pazurki przednich łap coraz mocniej wbijały się w dywan, a jej kocie oczy wpatrywały się w telewizor.
Na środku ekranu widoczny był premier z przechyloną w bok głową, poruszający ustami, które nigdy nie zetknęły się z botoxem. W dolnym rogu tłumacz migowy zaciskał dłoń, eksponując palec PiSdeczny. A wszystko to opatrzone napisem, niczym tytułem: CAŁOWANIE NA ŻYWO.
Podszedłem zupełnie blisko do telewizora i zacząłem także przebierać nóżkami w oczekiwaniu na rozpoczęcie akcji.
Szybko jednak się rozczarowałem, bo obok premiera nie pojawiła się istotka w rodzaju Izy Krzan, tylko coś jakby mój rówieśnik, czyli starzec 60+.
A do tego jeszcze z maseczką chirurgiczną w dłoni, wyprodukowaną w jego manufakturze. Notabene, siedem takich maseczek, w tym jednego bubla z odklejoną gumką, wpakowano mi niedawno do skrzynki na listy w PiSusze. Całowania się na żywo dwóch chłopów i do tego z maseczką, nie miałem ochoty oglądać.
Przypomniało mi się, że ulubionym powiedzonkiem mojej babci Bronki było: pocałujcie mnie w dupę…, ale przez papierek. Jako żywo.