W Bieszczadach, koło Baligrodu, 28 marca 1947 roku, podczas inspekcji został zabity generał Karol Świerczewski.
Podzielił los innego sowieckiego generała – Nikołaja Watutina, zlikwidowanego 29 lutego 1944 roku podczas inspekcji na Wołyniu. Zabójstwo obu generałów przypisano „bandytom” z UPA, co zakrawa na paradoks, jeśli wziąć pod uwagę, że szlachetni, razem wzięci, polscy żołnierze wyklęci unicztożili raptem jednego sowieckiego podpułkownika.
Od razu oświadczam, że nigdy nie płakałem po generale Walterze, choć moja prababka Antonina (ze strony tatusia), co wyszła za Walentego Patynę, nosiła panieńskie nazwisko Świerczewska. Nie płakałem, bo sławetne „Łuny w Bieszczadach” przekartkowałem dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy łzy wyciskał jedynie gaz z granatów rzucanych w tłum przez ZOMO. I dziś także nie o pol-sowieckim gieroju Walterze chce mi się hymn pieć.
Dziś będzie o drugim bohaterze, walecznym dowódcy kompanii (sotni) UPA z terenu Zakerzonnja – majorze Stepanie Stebelśkym ps. „Chrin”.
Chytry zabieg propagandowy na zawsze połączył „Waltera”- polskiego zawodowego rewolucjonistę („internacjonała”) z „Chrinem” – ukraińskim powstańcem-niepodległościowcem. W umyśle przeciętnego Polaka, major S. Stebelśkyj wciąż jawi się jako „bandyta” i prostemu Polakowi tego nikt nie przetłumaczy.
Ja też nie zamierzam korygować polskich „historyków”, czy też polemizować z autorami licznych paszkwilów na temat Chrina. Postanowiłem więc, że przedstawię Chrina jako człowieka pióra, a nawet poetę. A do tego wystarczy ten jeden z zachowanych wierszy, który ośmieliłem się osobiście przetłumaczyć z języka ukraińskiego. Wiersz został napisany prawdopodobnie w 1948 lub 1949 roku, a opublikowany w antologii „Słowo i Zbroja”,
którą podarowało mi Towarzystwo byłych Żołnierzy UPA w 1989 roku. Dodam jednocześnie, że w języku polskim ukazały się wspomnienia /zapiski/ Stepana Stebelśkoho z okresu, kiedy ten były nauczyciel dowodził kompanią powstańców ukraińskich.
=====<><><>====
I wspominam rocznice bitew
krwią zapisane chwały dni
a mściciele byli jak wicher
na koniu. Z walterem w dłoni.
A jak zagrają pistolety
z moździerzy polecą odłamki
ja z konia zeskakuję wnet
i wzywam: „Naprzód! Łemki!”
Na Lachów spada nawałnica
Łemków zawziętych, odważnych –
usta zaschnięte, gniewne lica –
zapachu krwi zwyczajnych.
Chłopcy do boju! Brać okopy!
Dawaj granaty! Kolbą prać!
Tam jęki, krzyki, a my – „Sławaaa”!
Eh, jakże kocham atakować!
I chęć do walki mnie porywa,
ruszyć żelazną ławą…
Wspomnienie jeno.
Łemki, co z wami?
Moi rycerze waleczni.
=====<><><>=====

