Czarno-białe i w kolorze

W pierwszy piątek kwietnia 2019 na całą Nizinę Mazowiecką spłynął wiosenny blask. Na wschód od Wisły niebo ukazało swą nieskazitelną gładź alpejskiego błękitu, a powietrze było tak czyste i przezroczyste, że z galerii na kominie ciepłowni w Wołominie nawet nieuzbrojonym okiem można by było dostrzec czerwone dachówki na staromiejskich kamieniczkach w Łomży, albo błyszczące, wypucowane przed Wielkanocą, szklane witryny salonów na rynku w Wysokiem Mazowieckiem. Litewskie i białoruskie tiry, śmigające obwodnicą Marek, puszczały z wiaduktu zajączki, króciutkie lecz oślepiające.

Kiedy czarne wskazówki na białym cyferblacie zeszły się do kupy wedle południa czasu letniego, pożegnałem się z czarnym, jak bytomski węgiel, Koczkodanem oraz równie czarną, tak z sierści, jak i z charakteru, Czadulą i odpaliłem motor czarnej, jak niesprana sutanna,  limuzyny. Z tyłu, na czarnej, skórzanej kanapie zaczęła podrygiwać butelka prosecco, starając się na łukach drogi doturlać do bukiecika tulipanów. Wcisnąłem leciutko gaz i w wielobarwnym sznurze aut przemknąłem nad szarą Wisłą, a potem wzdłuż szarego Żoliborza, z jego szarą eminencją. Wjechałem w szarą, klaustrofobiczną rynnę Autostrady Wolności i zamieniłem się w żółwia pięć kilometrów przed Wiskitkami. Pośrodku zachodniego, wciąż bezchmurnego, lecz jakby przypudrowanego pyłem z Bełchatowa lub Konina, nieba, widoczne było w całej okazałości jądro jasności o barwie białego złota, które, podejrzewam, przetaczało się jeszcze wolniej ode mnie, gdzieś tam może nad autobaną z Drezna do Berlina. Na szczęście, dobry bóg Helios nie usłyszał ode mnie żadnego przekleństwa, bo zdążyłem zjechać na Żyrardów, zanim zagotowała się „cisowianka”, spoczywającą na siedzeniu pasażera.

Do Muzeum Ziemi Rawskiej, na wernisaż wystawy czarno-białych grafik Danuty Wieczorek i przebarwnych pejzaży Roberta Jankowskiego, dotarłem nie tylko jako pierwszy z gości, lecz jeszcze kwadrans przed gospodarzami.  Tych kilkanaście minut spędzonych sam na sam z niezwykłymi dziełami moich Przyjaciół-Mistrzów, z tymi  obrazami tak znakomicie wyeksponowanymi na świeżej bieli ścian w przestronnym, nasłonecznionym salonie zabytkowej willi, w tym radosnym, wiosennym nastroju, przeorało zupełnie moje dotychczasowe postrzeganie twórczości malarskiej. Odnalazłem w końcu w malarstwie, zarówno tym wielobarwnym jak i tym zredukowanym do czerni i bieli, coś, czego niegdyś mnie uczono, o czym mnie bezskutecznie przekonywano, czyli poezję.

Pierwszy piątek kwietnia 2020 roku przeżyłem całkiem przyjemnie kontemplując obrazy Danusi i Roberta. Niech żyje Sztuka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *