Czytamy, co mamy

Powrót do PiSuchy trwał nieco krócej niż wędrówka pana Bluma po Dublinie, opisana przez J. Joyce’a. Ale, na tyle długo, bym mógł zobaczyć ospały Wołomin, zapchany Radzymin (podobno granica w Puszczy Białowieszczańskiej nieszczelna), zabieganą Zielonkę, zakorkowaną przez moskwicińskich tirowców Trasę AK,  tradycyjny zator w Wólce Kosowskiej oraz prawie wymarłe Nowe Miasto i Odrzywół, a na koniec moje miasteczko:

Zanim jednak zaszyłem się w kawalerskim żelbetonowym bunkrze, skorzystałem z życzliwości krajana i pojechałem obejrzeć leśną kryjówkę z dołkiem przeznaczonym dla grenadiera. Wszystko zastałem w stanie nienaruszonym przez wichury lutowe  i dziczyznę. Mogłem spokojnie udać się na wyznaczone miejsce postoju i relaksu.

Kiedy zacząłem rozgruzowywać moje sakwojaże, do drzwi bunkra zapukała łączniczka i przekazała mi cześć przejętej korespondencji poleconej. Moją uwagę przyciągnął list z IPN w dużej kopercie.  Czekałem na niego prawie miesiąc, a wygląda na to, że w sprawie ustalenia miejsca pochówku mojego dziadka, na ostateczną decyzję łódzkiego prokuratora IPN, przyjdzie poczekać jeszcze dłużej. Znaczy się, że temat drugiej wojny światowej jest dla mnie nadal otwarty. A tu, jakby nie patrzył, front wojny trzeciej zbliżył się do Zakerzonia.

Siedemnasty dzień (sobota, 12 marca) rosyjskiej agresji na Ukrainę, który rozpoczął się ostrzałem rakietowym miejsca zakwaterowania legionu ochotników koło Jaworowa, miał  być dniem przełomowym w planach putina. Dotychczasowa wojna z ukraińskimi prawosławnymi autonomistami miała zostać rozszerzona o konflikt pomiędzy prawosławnymi a grekokatolikami. Przy czym, wojska moskiewskiego patriarchatu uzyskałyby wsparcie od prawosławnych z Białorusi w walkach na terenie Polesia, Wołynia i w desancie na Zakarpacie. Ten plan się zawalił, gdyż Chińczycy wezwali bat’ka na dywanik. Obecność zaś, wojsk USA na Zakierzoniu, skutecznie odstraszyła putinofilów  i rewanżystów z Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii.

Putin,  swoim starym sposobem,  zafałszował religijny cel wojny, czyli dołączenie  wszystkich zagubionych owieczek do stada nadzorowanego przez kiryła.  Skłamał  twierdząc, że zamierza „denacyfikować” Ukrainę, bo co to znaczy,  wie tylko on, ja i jeszcze kilkadziesiąt osób w Europie i Amerykach. Okazało się jednak, że na prawosławiu Putin zna się tak, jak świnia na gwiazdach i stąd jego nieoczekiwane problemy.  Albowiem cerkiew prawosławna na Ukrainie odzyskała moc za sprawą języka ukraińskiego, jakże dla niej naturalnego. A w efekcie,  wszystko co wydumał niegdyś  łomonosow, poszło tropem ruskiego okrętu wojennego.

Może na tym zakończę tę dygresję, bo nie chcę wyręczać ekspertów sowicie wynagradzanych za umysłowe akrobacje.  Okres zastoju na ukraińskich frontach wolę wykorzystać na ponowną lekturę książek, słowników i dokumentów, które mam pod ręką. A są to wydawnictwa, które zawczasu zgromadziłem, w przekonaniu, że przydadzą się w czasie wojny.

Nie jestem osamotniony w twierdzeniu, że słowa języka ojczystego posiadają siłę większą niż miecz. Że to właśnie słowo stanowi najskuteczniejszą zbroję w walce z podstępnym wrogiem, wykorzystującym taktykę szatana, czyli zakłamywania i odwracania najprostszych pojęć.  Wrogiem, który wojnę nazywa operacją specjalną,  który ratuje ludność rosyjskojęzyczną za pomocą rakiet, bomb i granatów, który wysyła wojsko na smierć zamiast na ćwiczenia.  Dlatego lekturę zaczynam od poezji zawartej w antologii „Słowo i Zbroja”.

Staram się nie zapominać o języku niemieckim, bo to przecież różnie może być, więc na kilkanaście minut  biorę do ręki wybór ukraińskich nowel w przekładzie na niemiecki. W razie kłopotów szybko sięgam po kieszonkowy słownik niemiecko-rosyjski.

Aby lepiej zrozumieć istotę ukraińskiego nacjonalizmu, zapoznaję się z koncepcjami różnych jego reprezentantów. Książeczka jest lekko wymięta, bo często nad nią zasypiałem.

Z uwagi na liczne wiadomości z frontu, docierające do mnie przez internet,  nie rozstaję się ani na chwilę ze słownikiem wojskowym oraz Litopysom UPA.

A zakamarki duszy ukraińskiego żołnierza   , partyzanta, konspiratora, bohaterskiego wojownika poznaję choćby na podstawie zbioru opowiadań „Na smert’ ne na żyttja”.  Niegdyś zamierzałem przetłumaczyć ten niezwykły zbiorek na język polski, ale coś mnie powstrzymało. Chyba świadomość tego, że każdy Polak z językiem ukraińskim jest za pan brat.

Lekturę kończę na gazetkach partyzanckich.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *