Feralna doba

Przełom maja i czerwca nie zapisał się dobrze w dziejach rodu Stanisława Józefowicza Gołackiego z Kuźnicy. Jakieś fatum zawisło nad nim tuż przed ślubem z Marianną Pietrasówną (1894 r.), kiedy po pierwszych zapowiedziach ktoś zgłosił protest. Potem miał wypadek przy wielkim piecu w Janowie (przed 1905 r.), gdzie rozżarzone żeliwo poparzyło mu plecy. Dostał wprawdzie odszkodowanie, ale w asygnatach papierowych, choć oferowano mu złote pięciorublówki ( wkrótce w Imperium Rosyjskim zaczął się kryzys i carskie papiery szybko traciły  wartość).

Kiedy trochę otrząsnął się po wypadku, hutnictwo nad Radomką podupadło i pradziadek Stanisław został z konieczności rolnikiem. Na polu, powstałym na karczowisku u szczytu Góry Zając, dokopał się do gliny i wpadł na pomysł, żeby samodzielnie wyrabiać z niej cegły. Coś mu nie wychodziło z wypalaniem, więc o wyeksportowaniu cegieł do Łodzi nie mogło być mowy i dlatego zużył je na wykonanie przybudówki  do drewnianej chałupy. A wtedy zdarzyła się tragedia.

hp photosmart 720

W środku nocy z 31 maja na 1 czerwca 1917 roku, nad Kuźnicą rozpętała się straszna burza. Raz po raz waliły pioruny. Deszcz lał po kominie oraz spływał po ścianie z cegły. Prababka Marianna siedziała na ławce przy piecu, tuląc w objęciach najmłodszą córkę. Jeden piorun trafił w chałupę, zabijając pięcioletnią Marysię i ciężko rażąc prababkę, która pożyła jeszcze 12 lat, ale  już nie wróciła do sprawności. Układ rodzinny został poważnie naruszony i popsuły się relacje pomiędzy Stanisławem a resztą domowników oraz pomiędzy samymi dziećmi. W 1929 roku Stanisław owdowiał i pozostał sam w chałupie, bo potomstwo rozjechało się po świecie.

Wojna i okupacja niemiecko-sowiecka dotknęły boleśnie większość rodziny Stanisława Gołackiego. Córka Anna z kilkorgiem dzieci i mężem została wypędzona przez Niemców z Ciechanowa (jedno z dzieci zmarło w 1940 r. na tyfus). Syn Bronisław żył w Brześciu zajetym przez Sowietów, a dwie najmłodsze córki – Pela i Lodzia zostały przez Sowietów wywiezione na Syberię. A gdy po wojnie jakoś tam się pozbierali i zaczęli nowe życie, to nastąpiła druga tragedia.

31 maja 1952 roku Pela (Petronela Kowalik, żona Edwarda, zamieszkała na warszawskiej Woli) miała imieniny. Na te imieniny przybył z Anina brat Bronek  Gołacki z żoną Janiną. Trochę się zasiedzieli i zostali na noc u Peli. Wczesnym rankiem Edek odpalił motocykl z przyczepką, zapakował szwagrostwo i ruszyli w kierunku Pragi. Kiedy wjeżdżali z Powiśla ślimakiem na most Poniatowskiego, z góry jak raz zjeżdżała sowiecka ciężarówka wojskowa, która zahaczyła ich swoją naczepą. Edek i Bronek zginęli na miejscu wypadku, a ciotka Janina wypadła z kosza i była jedynie trochę poturbowana. Czy był to zwykły przypadek, czy też umyślne działanie Sowietów, trudno rozstrzygnąć.

Po tej tragedii pradziadek Stanisław załamał się psychicznie. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, krążył samotnie po lesie, gubił się. Zaczęła się jesień, a on w niekompletnym ubraniu błąkał się przez całą noc. Przeziębił się i zmarł 15 października 1952 roku.

Siedem lat temu, w ostatnim dniu maja, odszedł mój wujek Stanisław – wnuk Stanisława Gołackiego. Przeżył 85 lat. Zapewne nie planował umrzeć akurat tego dnia, bo to wcale nie był najlepszy termin. Był to około piętnastej, w piątek po Bożym Ciele,  w typowy długi weekend. Służba zdrowia wypoczywała: nie było kontaktu z lekarzem pierwszego kontaktu, pogotowie nie wyjeżdżało do zmarłych w domu w sposób naturalny, a nocna pomoc lekarska zaczynała pracę od 18-tej, ale też nie od wyjazdów w teren. Na wypisanie świadectwa zgonu wujka Stacha musiałem czekać aż siedem godzin. A do tego jeszcze, to świadectwo miało jakiś feler i musiałem następnego dnia ponownie szukać doktora.

Zazdroszczę tym, którzy pierwszego czerwca myślą wyłącznie o Dniu Dziecka.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *