Gdzie był król?

Chodziły przed laty słuchy koło szkoły i plebanii ruskobrodzkiej, że po łące pod Wawrzynowem król Staś się przechadzał. A  teraz wieść gminna niesie i kroniki kościelne ponoć potwierdzają, że król był u mnie we wsi. Ani babcia Bronka, ani wuj Stach mi o tym nie mówili, więc musiałem skorzystać z mniej wiarygodnych źródeł, żeby ustalić, czy król odwiedził moją wieś.

Ja pamiętam przede wszystkim Króla, który przed półwieczem, czasami przed wieczorkiem, a czasami z Wieczorkiem  ( Stanisławem ) wpadał do naszego klubu „Ruchu” po drobne zakupy. Tenże Król był leśniczym z Zapniowa, a Wieczorek  – tamtejszym  gajowym. Czterdzieści lat temu, w Moskwie,  wśród uroczych koleżanek z lingwistyki była Jola Król, ale ona potem wydała się za jakiegoś cieślę. A potem jeszcze, w 1989 roku, Leszek Moczulski przedstawił mi swojego zięcia Krzysztofa, który, jak twierdziła ciotka Danuta, był synem Wiesławy Król. Więcej królów nie pamiętam.

Król Staś, co to rzekomo nawiedził moją osadę,  wywodził się z poleskiej arystokracji, czyli tychże wojowniczych, ekspansjonistycznych Białorusinów, którzy już w XIII w. wbili się potężnym klinem w piastowskie ziemie, zasiedlając tereny ogołocone przez Mongołów-Tatarów. Ślady tej ekspansji odnajdujemy w nazwach miejscowości na Mazowszu oraz na pograniczu Mazowsza i Małopolski ( to te intrygujące Rusinowy, Ruszkowice, Ruskie i Ruskowe Brody).
Na tronie Rzeczypospolitej Staś zasiadł dzięki protekcji Jejmości Imperatorowej Rosji Katarzyny II, która uprzednio dosiadła go i ujeździła, jak na niewyżytą Niemrę przystało. Dotknięty kompleksem Staś był takim samym królem Rzeczypospolitej, jak współcześnie wąsaty „czyk-czyryk” Łukaszenko prezydentem Białorusi. To znaczy, że był w pełni podporządkowany woli Katarzyny II w zamian za gwarancje utrzymania się na królewskim tronie i zachowanie towarzyszących temu luksusów i przywilejów. Wszystkie ruskie lubią żyć w przepychu.

Pod koniec lutego 1787 roku, król Staś na czele okazałego orszaku wyruszył w haniebną, wiernopoddańczą wyprawę z Warszawy do Kijowa, aby spotkać się ze swoją protektorką i złożyć obietnice wsparcia w wojnie o panowanie nad północnym wybrzeżem Morza Czarnego.  Spotkał się z Katarzyną w dniu 6 maja 1787 roku i zaoferował jej pomoc militarną. Audiencja trwała krótko, a potem poczet króla Stasia udał się w drogę powrotną, ale tym razem nieco okrężną, gdyż przez Kraków. Rozciągnięty na ponad dwa miesiące powrót króla miał w sobie coś z pielgrzymek św. JP2, trochę z gospodarczych wizyt Gierka albo Łukaszenki i bardzo wiele z objazdów po kraju Tusko-Szydło-Dudabusem.

W połowie lipca 1787, kareta króla Stasia i pozostałe landary jego korteżu przekroczyły granicę powiatu chęcińskiego i opoczyńskiego. Krótko mówiąc, dotarły w okolice Końskich, gdzie miał okazałą siedzibę możny ród Małachowskich. Przez parę dni, rannym świtkiem przedpołudniem Staś w towarzystwie miejscowych notabli wyruszał na oględziny miejscowych fabryk zbrojeniowych i odbierał należne mu hołdy przy hałdach żużla na groblach stawów. Bo taka była rzeczywistość w tych osadach fabrycznych, zasiedlanych metalurgami ze Śląska, Moraw i „Niemiec”.
We wtorek, 17 lipca 1787, według dziennika podróży miał zwiedzić kolejne fabryki bomb, moździerzy i kartaczy, należące do Małachowskiego, usytuowane w okolicy Ruskich Brodów.  To nie była przejażdżka jak z Końskich do Pomykowa, tylko całkiem spora wyprawa. Dwie mile w jedną stronę, dwie z powrotem. A przecież tego samego dnia jeszcze drugie tyle do Opoczna. Dlatego Staś za długo nie imprezował w poniedziałkowe popołudnie i wieczór i wcześniej udał się na spoczynek, żeby raniutko wstać. I -jak twierdzi ksiądz kronikarz Naruszewicz – orszak wyruszył z Końskich już o siódmej rano.

Konecki regionalista Krzysztof Woźniak zaznaczył przebieg trasy królewskiego orszaku z Końskich do Ruskiego Brodu. Tylko do Ruskiego Brodu!  I bardzo słusznie. Ileż to razy ja tamtędy jeździłem. Ostatnio busem firmy Darjan, który z Końskich do granic Ruskiego Brodu dociera w niecałe pół godziny. /Pierwszy kurs busa w kierunku Przysuchy jest o 6.50. / Ale, trzeba zaznaczyć, że bus po drodze skręca w prawo do wsi Paruchy, gdzie robi nawrotkę. Tam, na Baczynie, gdzie niegdyś ścinano drzewa na potrzeby hutnictwa, do dziś chodzą tartaczne piły.
K. Woźniak dodał  także, że król SAP przejeżdżał przez takie miejscowości jak: Stary Młyn, Rogów, Młynek Nieswiński, Nieświń, Fidor i zatrzymał się na krótki  zapewne postój w Januchcie i Józefowie, gdzie /wg adnotacji w księdze metrykalnej autorstwa proboszcza z Gowarczowa/ miał zwiedzić huty żelaza.
Owa Januchta i ów Józefów to osady obecnie nieistniejące. Znajdowały się niedaleko traktu z Gowarczowa do Szydłowca / dziś tam droga nr 749 krzyżuje się z podrzędną Paruchy – Gowarczów/. To mniej więcej połowa odległości pomiędzy Końskim a Ruskim Brodem. Ale w pobliżu już pachnie ruskim światem, jak chociażby  Komaszyce czy Wólka Nosowa /ja to doskonale wyczuwam, bo  jakby nie było,  coś tam po przodkach Nosowiczach mi w genach pozostało/.  Jeżeli król Staś trochę czasu spędził na Januchcie, to drugą milę traktem leśnym musiał przebyć już bez zatrzymywania się np. w Gąsiorowie, gdzie też żelastwa było pełno.
Powitanie króla Stasia odbyło się na granicy Ruskich Brodów, czyli prawdopodobnie gdzieś na wysokości osady Głęboka Droga. Jeżeli na powitanie strzelano z dział koło stawu w Ruskim Brodzie, to odgłos salw tłumił Las Promień i dzięki temu konie senatorskie przy powozach się nie płoszyły.
Staw ruskobrodzki powstał na niewielkim potoku zasilającym Radomkę. Obok zapory wiodła droga na Kacprów, a potok można było pokonać w bród. Staw otaczały łąki, które od strony wschodniej stanowiły część siedlisk kowali i fryszerzy. W chałupach nad stawem mieszkali fachowcy: Bomby,  Sikory, Kusiaki, Nowakowscy i in.

Jeżeli na spotkanie z królem licznie stawili się okoliczni mieszkańcy, to znaczy, że na błoniu nad stawem pojawili się chłopi ze wszystkich dzielnic Kacprowa, a także pobliskiego Eugeniowa, Długiej Brzeziny, Januchty i pewnie też Kuźnicy, Bolecina oraz Bryzgowa.
Zakładając, że król wyjechał z Ruskiego Brodu w południe, to jego cały pobyt w tej wsi trwał około dwóch godzin. To stanowczo zbyt mało, żeby jeszcze zahaczyć o moją wieś. Od stawu w Ruskim Brodzie do wielkiego pieca w Kuźnicy było dobre pół mili drogi. Kuźnica, zresztą, to nie było za ciekawe miejsce. Mieszkańców mogło tam być najwyżej pół setki, a produkcja przeważnie na potrzeby rolnictwa.
Nazwa osady Kuźnica pojawiła się jak wiadomo w miejsce nazwy Morawa. A Morawa zawsze budziła negatywne konotacje. Większe niż premier Morawiecki, czy nawet zakielecka  Morawica ze swoim wariatkowem. Przysłowie mówi, że w cichym błocie czarty się prowadzają. Wyskakują, jak diabeł z oczeretu. Zakochują, jak czort w starej wierzbie. Morawa, mór, morowe powietrze, pomorek, morzyska, choroba, niedola, śmierć – cały ciąg nieprzyjemnych skojarzeń, od których człowieka dopada kolka, paraliż, febra albo morówka. Takie miejsce nie było godne króla Stasia. Próżno tu szukać ruskich brodów, bo przeleźć przez rzekę i wdrapać się na drugi brzeg mogą tylko rącze łosie i jelenie. Dopiero wówczas, kiedy mokradło zamieniło się w staw, ocembrowany po zapniowskiej stronie, to po grobli i potem przez przejazd koło mojej chałupy można było skrócić sobie drogę z Zapniowa do Bolęcina. Król Staś – jak podają – z Ruskiego Brodu (ów) udał się z powrotem do Końskich.

Właśnie te mnogie ruskie brody komplikują sytuację i zmuszają do badania innych źródeł historycznych, aniżeli dziennik wyprawy króla Stasia. Jakieś pół wieku temu, mój serdeczny kolega ze szkolnej ławy – Bartłomiej zaczął wplatać do dziejów Ruskiego Brodu nazwę Kuźnica Ruskobrodzka. A ja z kolei natrafiłem na jakiś spis miejscowości, gdzie była nazwa Kuźnica Borkowiecka i tego się trzymałem.

W tym czasie żyli jeszcze ludzie w Kuźnicy (A. Woźniak (sołtys ), B. Matynia (listonosz ), którzy przy stoliku karcianym spierali się o różne szczegóły, w tym także o to, ile stawów było niegdyś na Radomce powyżej naszej wsi.   Z tych sporów wynikało, że oprócz stawu na Januchcie i wielkiego „kacprowskiego”, był jeszcze jakiś trzeci na wysokości Wawrzynowa. W okolicy tych stawów sytuowali Kuźnicę Ruskobrodzką  autorzy opracowań: J. Jankowski (1980) i P. Kusiak (1995).  O Ruskim Brodzie pisała chyba też pracę magisterską żona mojego kuzyna – M. Ziomek (ok. 1988 roku).
Były to czasy, kiedy mieszkańcy tak Kuźnicy, jak i Ruskiego Brodu mieli ogromne nadzieje na odbudowę zbiorników retencyjnych na Radomce i ratunek dla wymierających wsi związany z rozwojem rekreacji i turystyki.

W okresie pandemii koronawirusa (2020 r.) sporo czasu poświęciłem na przeglądanie aktów metrykalnych parafii w Borkowicach, Przysusze, Gowarczowie, Niekłaniu i Chlewiskach. Oczywiście, tylko tych dostępnych w internecie. Natrafiłem rzecz jasna na akty osób z Kuźnicy Ruskobrodzkiej, ale te dokumenty tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że Kuźnica Ruskobrodzka to nie moja osada. A zatem, jeżeli król Staś dotarł był nawet do Kuźnicy Ruskobrodzkiej, to najdalej był w gdzieś tam na łąkach nad rzeką lub potokiem w Wawrzynowie lub nad stawem w Januchcie, bo tam też są siedziby rodowe Bombów, Kusiaków, Rejmerów, Nowaków, Jakubczyków… Do mojej osady nawet z ówczesnej Januchty dojazd nie był tak prosty jak obecnie, gdyż po drodze było bardzo wysokie wzniesienie (szczyt wzgórza przekopano dopiero wtedy,  kiedy powstawał tartak i folwark leśny Stefanów).

Kwestia wizyty króla Stasia w mojej wsi powróciła na fali polityki historycznej, która zalewa kraj ukochany w epoce postprawdy. Władza samorządowa w gminie Borkowice zaczęła poświęcać polityce historycznej każdą wolną chwilę. Upamiętniono już wiele miejsc i postaci i coś mi się tak zdaje, że wisienką na torcie będzie upamiętnienie królewskiej wizyty na terenie gminy (parafii, dóbr, hrabstwa?) Borkowice. Sęk w tym, że Ruski Bród czy Kuźnica Ruskobrodzka to obecnie nie ta parafia, nie ta gmina i nie ten elektorat. Gdyby jednak przekonać koła gospodyń wiejskich i pozostały aktyw społeczny, że noga króla Stasia stąpała wedle stawu w mojej osadzie, to pomnik przedstawiający króla Stasia w karecie mógłby z powodzeniem stanąć koło sklepu żelaznego przy ulicy Ogrodowej w Borkowicach.

Jako ważny dowód  przynależności mojej osady do osady nadrzędnej, czyli Ruskiego Brodu, mają podobni służyć opisy dóbr sporządzone w wieku XVI, z których korzystał potem ks. Jan Wiśniewski oraz tzw. mapy Heldensfelda, ukazujące stan osadnictwa w Galicji Zachodniej w latach 1801-1804.
Według narracji księdza Wiśniewskiego, którą chętnie przywołują R. Fidos oraz M. Dumin, najważniejszą inwestycją w dobrach rodu Małachowskich w parafii borkowickiej było wybudowanie wielkiego pieca w Kuźnicy. Nie da się zaprzeczyć, że „wielki piec” brzmi dumnie i że faktycznie około 1750 roku stał się częścią kompleksu hutniczego w mojej wsi kopalniano-hutniczej, gdzie uprzednio wysiłkiem  osadników zbudowano staw, gdzie wydobywano rudę, gdzie składowano drewno, gdzie wypalano węgiel z tegoż drewna, gdzie pracowała kuźnica z żelaznym młotem, gdzie odlewano naczynia z żeliwa itd.
Ale znowu nie można zapominać, że wielki piec nie był czymś nadzwyczajnym. To była budowla niezbyt olbrzymia,  może tylko trochę większa niż współczesne grille ogrodowe z wędzarenkami.   Taki piec można jeszcze zobaczyć w Kuźniakach niedaleko Kielc.     Moja osada miała odtąd wszystko, co było niezbędne do przeprowadzenia całego procesu produkcji: od surowców przez energię i maszyny po gotowy produkt.

Zachowane w naszym regionie zabytki hutnictwa żelaza, usytuowane nad stawami,  rzekami, potokami, strumieniami i strużkami pozwalają dostrzec sekwencję poszczególnych zakładów: poczynając od góry rzeki najpierw jest kuźnica, potem wielki piec, a dalej fryszerki, kuźnie itd.
Stąd wniosek, że wielki piec w Kuźnicy nie został wybudowany po to, żeby kilkadziesiąt lat później przetapiać kruszywo z Kuźnicy Ruskobrodzkiej. Przypuszczam, że surówka żelaza z wielkiego pieca w Kuźnicy przez pewien czas służyła kowalom i majstrom, którzy mieli swoje warsztaty  na prawym brzegu Radomki aż po Ruszkowice. Wydaje mi się również , że osada Morawa rozciągała się wzdłuż doliny Radomki, może nawet do Gwarka.

Moje przypuszczenia nie są sprzeczne z obrazem przedstawionym na mapach Heldensfelda. Ruski Bród, Januchta (pomylona z Janowem),Kuźnica, Niwy, Kawy, Lusztyk to wszystkie osobne punkty osadnicze wzdłuż Radomki, podążając z jej  nurtem w stronę Ruszkowic. Autorzy „Atlasu historycznego Sandomierszczyzny w XVI w.” jako odrębne podmioty osadnicze traktują wszelkie młyny, kopalnie, huty szkła jeśli miały własne nazwy, które się utrwaliły.   Kuźnica utrwaliła się jako Kuźnica właśnie i nikt jej nie myli chociażby ze Starą Kuźnicą koło Nieświnia.

Ano właśnie, gdyby król Staś interesował się tak w ogóle hutnictwem, to przede wszystkim zajrzałaby do tej Starej Kuźnicy, bo znajdowała się bliżej Końskich. Lecz Jego interesowała, jak wspomniałem, głównie produkcja zbrojeniowa, której wówczas potrzebowała caryca Katarzyna tak bardzo, jak teraz Putin dronów. Nie badałem tego, więc nie mogę stwierdzić, ile uzbrojenia w rezultacie król Staś przekazał wtedy protektorce od takich producentów jak Bomby z Ruskiego Brodu?  Nie ulega wątpliwości, że kilka lat po wizycie króla Stasia, walczyliśmy kosami z rosyjską armią, wyposażoną w armaty i kule, odlane z polskiego żelaza.  Z tego powodu, pomnik Stasiowi powinni raczej stawiać Białorusini na poleskich błotach.

Mieszkańcy Ruskiego Brodu i mieszkańcy mojej osady tylko nieznacznie się zintegrowali w ciągu trzystu lat. Nawet budowa nowego kościoła, przynależność do tej samej  parafii, jedna szkoła i wspólny cmentarz nie zbliżyły obu społeczności. Ludzie się znali, nie byli wobec siebie wrodzy, ale spotykali się najwyżej w drodze na targ i czasem pod kościołem. Ruski Bród ciążył do Kacprowa, a Kuźnica (Morawa) zaś, bardziej do Bolęcina i Bryzgowa. Określenie „Ruskobrodzka” absolutnie nie pasuje do nazwy mojej osady.
Wobec powyższego, króla Stasia w mojej wsi być nie mogło.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *