Hop, hop! Zaginął na wsi chłop

Doszedłem do takiego okresu w życiu, kiedy coraz trudniej jest mi się „wyjajić” (czyli zebrać się do kupy i wyjść na świat boży- jeden z ciekawszych neologizmów wuja Stacha) z mieszkania, w którym przeważnie przebywam w pozycji leżącej. Jednak co pewien czas trzeba wyskoczyć na wieś, choć tam teraz czort nocuje a dzik ryje bez opamiętania. Najgorsza jest ta susza, która trwa od roku i spowodowała wyschnięcie większości źródełek. Na dnie mojego stoku jest już tylko zaschnięte błoto.

Wreszcie przedwczoraj się przemogłem: koło południa spakowałem kilka rzeczy, odpaliłem staruszkę Madzię, kupiłem w delikatesach coś na ząb i dotarłem do chałupiny. Mysi zapaszek wdarł mi się do nosa, więc musiałem trochę przewietrzyć. Przebrałem się w leśny strój, wziąłem wiaderko i poszedłem do lasu z zamiarem uciułania kwarty jagód, o ile jeszcze nie pospadały. W ciągu dwóch godzin zebrałem aż dwie kwaterki, a potem przespacerowałem się po moich miejscówkach, w których zbieram kurki. Trochę tego było, więc wracałem prawie pod wieczór.
Przysiadłem na podwórku przed chałupą, żeby za widoku wykonać jagodowy blow job, czyli usunąć wszystkie listki. Kątem oka zauważyłem na drodze wóz policyjny, jakby nieco zwalniający. Ominął mój wjazd i potoczył się dalej. Po kwadransie już wracał do Przysuchy. Było koło dziewiątej, mrok gęstniał, a ja z coraz większym trudem oczyszczałem jagody z drugiej krupki. I wtenczas usłyszałem dziwne „łi-łu-łi-łu”.

Z wyciem syren i „dyskoteką” wjechały do wsi przeróżne wozy strażackie: wozy bojowe, wóz dowodzenia, jakiś busik, a nawet quad. I, o dziwo, wszystkie nagle się zatrzymały na wysokości domu sąsiada, jakieś sto metrów ode mnie. – Co się stało do diabła? – pomyślałem, ale nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Dymu nie czuć, ognia nie widać, wypadku na drodze nie było słychać.
Wyszedłem na szosę, ale poza ostatnim wozem strażackim niczego nie można było zobaczyć. Grupa kilku strażaków wyszła z któregoś pojazdu i zniknęła na którejś posesji. Wróciłem do siebie zabrać latarkę i następnie udałem się w stronę kolumny wozów strażackich.  Wóz zamykający kolumnę stał w zasadzie na wysokości mojej „pradziadkowizny”, gdzie mieszkał Stanisław Gołacki. Po pewnym czasie przy wozie pojawił się pan strażak, od którego dowiedziałem się o przyczynie tak dużej akcji.
Otóż, strażaków wezwano do poszukiwania zaginionego mężczyzny, w wieku 74 lat. Facet zniknął w niedzielę, zostawiając w domku letnim telefon.  Nie od razu skojarzyłem o kogo chodzi, ponieważ wśród starożytnych chłopów ze wsi w podobnym wieku jest tylko jeden, ale ma domek w innym miejscu i okolicę zna lepiej ode mnie. W końcu załapałem, że chodzi o osadnika ze Śląska. Wymieniłem z panem strażakiem kilka uwag o sensowności poszukiwań na danym terenie i o danej porze dnia. Wyjaśniłem też, że dojścia do rzeki przez zarośla i liczne tamy tych kurwa Bobrów to raczej nie ma i nikt rozsądny nie próbowałby forsować tych stu metrów niegdysiejszych łąk, a obecnie trzcinowisk.

Niemniej, właśnie od przeszukiwania trzcinowiska rozpoczęto penetrację przy użyciu drona. W zasięgu mojego wzroku pojawił się także owczarek niemiecki, który poprowadził przewodników w stronę lasu. Ja postałem jeszcze chwilę, podziwiając migotający obiekt latający i podreptałem do chałupy.     Ledwom zabrał się za dokończenie przedmuchiwania jagód, kiedy za kuchennym oknem zaczęło błyskać światło latarki. To byli policjanci z psem tropiącym, którzy wyszli zza mojej stodoły i kierowali się do szosy. Zakrzaczony, zaniedbany las określili uprzejmie jako ciekawy, choć trzeba współczuć każdemu kto się tamtędy przedziera także w dzień. Dwie godziny później zrobili kolejną rundę po lesie i znowu przeszli przez moje podwórko. Po północy większość pojazdów służb odjechała.

O poranku, gdzieś tak po ósmej, bo wtedy słońce wychodzi zza stodoły, byłem już na nogach, bo powiedziałem policjantom, że przejdę się po lesie po tych miejscach, gdzie niegdyś parę razy spotkałem Ślązaka szukającego grzybów. Kiedy zamykałem chałupę, zobaczyłem na ścieżce sąsiada Piotra, zmierzającego w moją stronę, żeby podzielić się wrażeniami z minionego dnia. Sąsiad sprawiał wrażenie zaniepokojonego, gdyż, jak twierdził, nie widział wcale pana Ślązaka koło jego domku, w niedzielę, po tym jak odjechała jego rodzina. Gdyby się kręcił koło domku, to Piotr na pewno by go dostrzegł, bo jak zwykle siedział sobie pod letnią kuchnią i wszystko miał na oku. Zabrzmiało to bardzo dziwnie, trochę tajemniczo. Mimo to, nie odstąpiłem od pomysłu przespacerowania się przez las, z północy na południe, równolegle do szosy.

Doszedłem aż do opłotek, ale na nikogo nie trafiłem, ani nie zauważyłem jakiegoś śladu (części ubrania, wyciętych świeżo grzybów itp.). Napotkałem natomiast całkiem ładne krzaki jagód i zabrałem się za zbieranie. Kiedy uzbierałem pierwszą krupkę, usłyszałem trzask gałęzi, jakieś głosy. To byli funkcjonariusze policji przeczesujący las. Szli ze wschodu na zachód, od Krasnogórskiego w stronę wsi. Na mnie wyszedł funkcjonariusz w cywilu, zapewne jakiś inspektor. Wymieniliśmy kilka zdań i powróciłem do zbierania. Naharatałem cztery krupki – prawie garniec.

Wróciłem z lasu późnym popołudniem, z jagodami, kurkami i trzema krówkami.       Było też parę surojadek i kilka kołpaczków (Niemkami tu nazywanych). Ujrzałem na szosie trzy wozy strażackie odjeżdżające do Przysuchy. A pół godziny potem, jeden wóz bojowy pędzący w drugą stronę, tym razem bez zatrzymywania się w mojej wsi. Może do innego wezwania.

W internecie natrafiłem na informację o poszukiwaniu faceta, 73-letniego, w województwie warmińskim. Przypomniało mi się, że mój wuj Stach też czasami odgrażał się, że pójdzie w las, gdy go coś wkurwiało. A pradziadek Gołacki to nawet poszedł w las i błądził parę dni, po czym zaległ i umarł. Czyżby i mnie wkrótce czekało to samo? Może chłopy tak po prostu mają? Żeby uciec do lasu od takiego choćby luksusu domowego z wymianą trzech pampersów na dobę…

Mam nadzieję, że chłop ze Śląska się odnajdzie.

PS. Po drodze do Warszawy doszły mnie słuchy, że chłop odnalazł się po dwóch dniach w nieodległym Bolęcinie.  Ja podejrzewałam, że mógł zapuścić się trochę dalej, np. do Bryzgowa, ale widocznie zboczył z czarnego szlaku rowerowego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *