Hubalczyk w każdej wsi

Tylko jakoś jeszcze w tej mojej rodzinnej wsi nie objawił się żaden członek tego batalionu lub choćby naoczny świadek jego bitew i potyczek z niemieckimi okupantami.  Nawet gdyby wziąć na przesłuchanie parę małżonków, aktualnie najstarszych mieszkańców, to nic by to nie dało, bo on pochodzi z osady za rzeką, a ona mieszkała wtedy w jednoizbowej chatce, która nie miała okna od strony drogi, a horyzont z okna wychodzącego na pd-wsch. sięgał może 100 metrów. Wśród garstki mieszkańców znane mi są dwie Tereski, ale obie urodzone raczej po zakończeniu wojny koreańskiej. Mam też kuzynkę – emerytowaną krawcową, ale i ona była zawodowo związana z przysuską spółdzielnią „Postęp”,  a nie z „hubalanką”.

Stare chłopy z mojej wsi, rówieśnicy moich dziadków, miały drwiący stosunek do partyzantki w ogóle. Towarzystwo przy karcianym stoliku wykpiwało tych nielicznych, co połakomili się na uzyskanie członkostwa ZBoWiD-u. Zresztą, jednym z pierwszych zbowidowskich kombatantów w mojej wsi został były żołnierz poborowy z rocznika 1926, za udział w niesławnej akcji wysiedleńczej ludnosci ukraińskiej w 1947 roku. Nigdy nie usłyszałem, żeby napomknęli o jakimś „Hubalu”, a jedyne pseudonimy jakie się czasami pojawiały to „Tarzan” i „Drągal”.

Nie  jestem w stanie ustalić, kto i kiedy wpadł na pomysł wykorzystania „Hubala” do tworzenia alternatywnej historii początkowego okresu okupacji w moich rodzinnych stronach.  Przypuszczam, że stało za tym nie tylko środowisko PAX-owskie, ale też jakieś lobby w PZPR i w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a nastąpiło to w latach 1956/57, czyli budowy tzw. Frontu Jedności Narodu. Nie wiem, czy chodziło w tym projekcie głównie o „wkręcenie” ludności w akcję budowy tysiąca szkół na Tysiąclecie, czy o poprawę wizerunku żołnierza ludowego wojska, czy o zamącenie pamięci historycznej ludności,  która była świadkiem okrutnej zbrodni niemieckiej na początku okupacji?

W roku Jubileuszu (1966), moi ciut starsi koledzy ze wsi zaczęli chodzić do szkoły podstawowej, której jako pierwszej nadano imię „Hubalczyków” (szkołę zbudowano bodajże w 1960).  Nie mieli zielonego pojęcia o tym zbiorowym patronie. Niektórym wydawało się, że „hubalczycy” to ci mężczyźni z Huciska, zamordowani przez Niemców, spoczywający w zbiorowej mogile na cmentarzu w Ruskim Brodzie.  Kiedy ja rozpoczynałem naukę w tej szkole, to nie zastanawiałem się nad jej patronem, bo były rzeczy ciekawsze, np. sowieckie ciężarówki z wojskiem widywane po drodze, czy też zaśniedziałe naboje karabinowe przynoszone przez starszych kolegów z terenu pobojowiska za Ruskim Brodem. Pani nauczycielka/wychowawczyni nie zadawała nauczenia się na pamięć życiorysu „Hubala”, ani nie kazała koleżance Basi przyprowadzić dziadka, który jako jedyny z parafii do oddziału „hubalczyków” ponoć należał.  W szkole oglądaliśmy „Barwy walki”, „Czterech Pancernych i Psa” (operatora kina objazdowego niedawno widziałem na mieście !), a na apelach śpiewaliśmy marsz Gwardii Ludowej („My ze spalonych wsi…”).  Od czasu do czasu zjawiał się w szkole jakiś kombatant, to się go słuchało przeliczając kulki w kieszeni fartucha. Byłem chyba już w trzeciej klasie, kiedy takiego weterana walki zapytałem: – a ilu Niemców pan zastrzelił?

Wrył mi się w pamięć jeszcze jeden epizod z podstawówki: wizyta jakiejś kobitki z Kielc (jakby redaktorki lub inspektorki), która zaskoczyła mnie taką mini-ankietą – co wiesz o Hubalu? Byłem uczniem czwartej lub piątej klasy, ale nie byłem w stanie napisać ani jednego zdania. Pierwszy raz poprosiłem o pomoc kolegów, czyli ściągnąłem coś tam.

Ostatnie lata podstawówki spędziłem w towarzystwie kolegów m. in., z Huciska, ale kwestii hubalczyków nie poruszaliśmy.  Kupiłem sobie jedną książkę  na ten temat, czyli „Tropem majora Hubala” Mirosława Dereckiego. Szkoła zorganizowała nam wyjazd do kina w Końskich na prokekcję filmu Poręby, a chyba rok później opuściłem jej mury.

W końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przeglądając stare roczniki ukrainskiego tygodnika „Nasze Słowo” natrafiłem na artykuł dotyczący rodowodu Henryka Dobrzańskiego i objaśnienie znaczenia jego pseudonimu. Kiedy przeczytałem, że przodków miał z Dobrej nad Sanem, wielce prawdopodobne, że jeszcze kilka pokoleń wstecz – prawosławnych, a „Hubal” wziął się od przydomka, związanego z  charakterystyczną cechą warg ( grube, nabrzmiałe, wydatne, czyli takie „wardzele”, jakby to określiła moja babcia Bronka), to stało się dla mnie jasne, skąd ta skłonność do „kozaczenia” i dokąd chciał się udać po klęsce wrześniowej i co było niewykonalne z uwagi na rozmach uderzenia sowieckiego.

Miałem spore nadzieje, że wraz z upadkiem PRL nastąpi demitologizacja postaci majora Henryka Dobrzańskiego, a stało się coś zupełnie odwrotnego. Dziś jest już patronem nie tylko szkół, ale też ulic, pociągów i in.  Jego oddział rozrósł się do prawie batalionu. Nie ubywa a zwiększa się jakby krąg osób, które go znały i z nim konwersowały. Wyrastają pomniki w miejscach, w których pewnie nigdy nie zsiadłby z konia. Powstają coraz grubsze biografie. Pięknieją w oczach dwory i pałace, w których niegdyś gościł. Upamiętnienia rocznicy śmierci „Hubala” odbywają się nawet w czasie stanu epidemii, spowodowanej przez koronawirusa.

Działalność oddziału Hubala została elegancko wkomponowana w dzieje Polskiego Państwa Podziemnego, w ciągłość jego walki zbrojnej.  Teraz już tylko czekać, a zapewne pojawi się jakaś monografia „od Hubala do Drągala”, opisująca całość wysiłku zbrojnego ludnosci północnej Kielecczyzny w czasie wojny, okupacji i sowietyzacji.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *