Wiadomość o śmierci P. Piotra Ogana dostałem pół godziny po Jego zgonie. Szybko przekazałem wyrazy współczucia Jego Najbliższym, zapewniłem o przyjeździe na pogrzeb i zobowiązałem się przygotować mowę pożegnalną na koniec ceremonii na cmentarzu. Obowiązki wobec zmarłych przyswoiłem sobie, albowiem, jeszcze przed moim bierzmowaniem w 1971 roku, kiedy świadomie właśnie imię Piotr przybrałem sobie jako trzecie. 
„Przez osiem ostatnich lat” byłem „w kontakcie” z Panem Piotrem. Kilka razy bywaliśmy zusammen w Bydgoszczu, On dwa razy zahaczył o PiSuchę i okolice, planowaliśmy sentymentalną wyprawę nach Oberschlesien, do Bytomia, skąd Jego ród i do Tarnowskich Gór, gdzie ja kilka tygodni spędziłem z ciotką Lodką w 1964 r., a potem też kilka dni we wrześniu 1981 roku. Na Śląsk się jednak razem nie wybraliśmy, ale za to nasłuchałem się wielu opowieści P. Piotra o wojennych i powojennych losach Jego rodziny. Przy każdym naszym spotkaniu śpiewał swoje ulubione utwory biesiadne, a ja nuciłem sobie wraz z Nim dwie piosenki nieco zakazane.
W listopadzie, na 85 rocznicę urodzin Pana Piotra, zaśpiewałem mu przez telefon „Hoch soll Er leben”, a On podziękował mi fragmentem „Rote Rosen, rote Lippen, roter Wein”. Potem jeszcze słyszałem Jego głos w tle świątecznych rozmów z Jego małżonką. Miałem świadomość, że Jego stan zdrowia znacznie się pogorszył, ale wiadomość o Jego śmierci mimo wszystko mnie zaskoczyła. 
Pan Piotr bardzo nie lubił rozmów o śmierci, o przemijaniu, o życiu pozagrobowym. Eschatologia była dla Niego tematem tabu. Mam prawo przypuszczać, że kiedy nachodziły go myśli o sprawach ostatecznych, zagłuszał je właśnie śpiewem oraz żarliwą modlitwą. Równie mocno wypierał się tematyki śmierci, jak i liczby „13”, którą wymawiał niezrozumiale, jakby „ście” , pomiędzy dwanaście a czternaście. Zmarł 31 stycznia, a ta data wygląda przecież jak odwrócona „trzynastka”!
Zarówno wśród najbliższych jak i pomiędzy znajomymi czy obcymi, Pan Piotr starał się o to, żeby być postrzeganym jako człowiek radosny i szczęśliwy. Miał też niezawodny sposób na wywołanie uśmiechu u przypadkowo napotkanej dziewczyny. W Jego śpiewie najczęściej powtarzały się słowa :”das ist schön” und „Wunderschön”. W mojej obecności wielokrotnie wypowiadał swoje motto: „immer lustig”! Tak się witaliśmy i tak się żegnaliśmy.
W czwartek, w Święto Matki Boskiej Gromnicznej przygotowałem sobie krótkie przemówienie pożegnalne, zapakowałem do bagażnika wiązankę z róż i anturium obstalowaną w„Orchidei”,
uzupełniłem strój uroczysty, sprawdziłem stan opon i nie zdrzemnąwszy się nawet na chwilę, przed piątą rano dnia następnego, zamknąwszy Koocię w ciemnym, uroczym saloniku,
wyruszyłem na pogrzeb do Nowego. Wybrałem trasę autostradami, ponieważ zapowiadano duże opady śniegu już przed południem. Kiedy zaczęło sypać byłem już na miejscu, bo skoda sunęła szybko, jak gdyby popędzana wiatrem. W towarzystwie zięcia śp. Pana Piotra spożyłem obfite śniadanie w saloniku Hotelu „Dowhań” /nazwa przypominająca węgierskie słowo – dohány – tytoń/. I razem udaliśmy się na mszę żałobną do kościoła Parafii pw. Św. Mateusza Apostoła. 
Celebrował mszę W. Cz. Ks. Patryk Jutrzenka-Trzebiatowski, który mnie wzruszył wspomnieniem o Zmarłym Piotrze, jako o człowieku epatującym uśmiechem i radością, chwalącym Pana śpiewem czystym i donośnym. A ten, kto śpiewa, ten modli się podwójnie, jak podkreślał bodajże św. Paweł. Powszechnie znany doktor teologii z rozsławionego przezeń Torunia zwykł dodawać jeszcze, że gdy modli się mężczyzna, to jego modlitwa warta jest tyle, co tuzina niewiast pobożnych.
Po zakończeniu mszy udaliśmy się do kaplicy cmentarnej, skąd, po kolejnych egzekwiach, trumna z ciałem świętej pamięci Zmarłego Piotra, wyruszyła w ostatnią drogę, ulicą Kolejową, pod górkę, do bramy cmentarza i przygotowanej nieopodal mogiły. W gęsto sypiącym śniegu, kiedy dobrzmiał do końca trębacz, ksiądz Patryk odprawił ostatnie pożegnanie nad trumną i grobem śp. Piotra, a licznie zgromadzeni uczestnicy pogrzebu odmówili modlitwy za spokój Duszy Zmarłego. Wtenczas ja już zająłem miejsce na wyciągnięcie ręki od księdza Patryka, a tenże przekazał mi mikrofon, który wraz z resztą urządzenia nagłaśniającego nadzorował pan organista.
Pierwszy raz w życiu przemawiałem na pogrzebie i dlatego, z uwagi na pogodę i z troski o zdrowie uczestników pogrzebu, postanowiłem ani na jotę nie odstępować od wydrukowanego tekstu. Było to trudne, bowiem śnieg zasypywał mi kartkę, okulary i oczy, a mnie brakowało tej ręki, którą akurat trzymałem mikrofon. Ponieważ nad tekstem dość długo pracowałem, to wspomagałem się pamięcią. Pozdrowiłem i podziękowałem wszystkim zgromadzonym wokół otwartej mogiły, wyraziłem słowa wdzięczności W.Cz. Ks. Patrykowi za wzruszającą homilię i sprawne przeprowadzenie całej ceremonii, dodałem otuchy Najbliższej Rodzinie Zmarłego, Jego Bliskich zapewniłem, że darzył Ich zawsze wielką Miłością, Jego Krewnym, Kuzynom i Znajomym oświadczyłem, że śp. Piotr nigdy o Nich nie zapominał oraz zacytowałem Jego motto: immer lustig. Na koniec z wiarą i nadzieją dodałem, że Dusza Pana Piotra dołączyła do kręgu równie szczęśliwych i niewątpliwie ucieszy Ją nasza modlitwa pożegnalna. Wdzięczny za krótką przemowę, ksiądz Patryk dwakroć uścisnął mą dłoń i ceremonia pożegnalna dobiegła końca.
Grób Śp. Piotra Ogana pokryły wieńce i wiązanki.
Było bardzo dużo róż, które tak chętnie Pan Piotr wkładał w butonierkę marynarki, kiedy wychodził do miasta: Bytomia, Pszczyny, Wołomina, Radzymina, Bydgoszcza, Nowego, Świecia, Grudziądza, Oslo, Warszawy i in. 
Po pogrzebie Rodzina Zmarłego i liczni goście udali się do restauracji „Wachlarz Smaków” na konsolację. Osiem lat temu zaszliśmy z Panem Piotrem do tego lokalu, abym mógł sfotografować piękny widok na Wisłę. Stoliki na tarasie były wówczas zarezerwowane przez jakaś grupę pań i właściciel restauracji pozwolił na pstryknięcie jedynie paru fotek.
Stypa wypadła bardzo okazale. Rozgrzaliśmy się aromatycznym, smacznym rosołkiem drobiowym, zaspokoiliśmy głód zrazikami w sosie i zawijaskami á la kotlet de volaille, pyszne ciasta: serniki, szarlotki, kremówki popiliśmy sokami oraz kawą, pół kieliszkiem wódeczki uczciliśmy pamięć Zmarłego. 
Ze względu na obowiązki, pomimo kiepskiej pogody, około godziny osiemnastej, pożegnawszy się z Rodziną Pana Piotra, wyruszyłem w drogę powrotną. Do Warlubia toczyłem się na trójce, potem do Grudziądza 80km/h, a po uzupełnieniu płynów na stacji Lotosu, nie zważając na śnieg i deszcz ze śniegiem, zgodnie z limitem autostradowym. A za Toruniem – cała naprzód.
Pół godziny przed północą Koocia szczęśliwa wybiegła na podwórko. Immer lustig. 