Infekcja na odchodne

Od pięćdziesięciu lat, czyli od pobytu na izbie chorych w Przysusze, odczuwam lęk na myśl o szpitalu lub operacji. Świadomie zgodziłbym się jedynie na wycięcie ślepej kiszki albo złożenie i usztywnienie złamanej kończyny. Póki co, odpukać, brzuch mnie za bardzo nie boli, a kości kończyn nie tracą ciągłości. Bóle reumatyczne i artretyczne jestem w stanie wytrzymać, o czym przekonałem się na jesieni, kiedy zaatakowały mi lewą stopę. Cierpiałem okrutnie, lecz nie poszedłem do doktora, ani nie poprosiłem o teleporadę.

Opłacam przymusową składkę zdrowotną,  ale dopóki starczy mi zdrowia i sił będę się bronił przed państwową służbą zdrowia, przed darmowymi badaniami przesiewowymi i nieobowiązkowymi szczepieniami. Obserwacje i doświadczenia z ostatnich miesięcy tylko wzmocniły moje obawy przed kontaktem z doktorami i szpitalami.  Osobistych kontaktów z lekarzami i lekarniami nie miałem, ale pośrednich nie mogłem się ustrzec, bo taki już los biednego alimenciarza, że nie o wszystkim może decydować.

W środku października, kiedy jeszcze mocno kuśtykałem, a kraj ukochany zalewała druga fala koronawirusa, dostałem od Gabi esemesa: „przyjedź”. Dowlokłem się do przysuskiego dworca, wsiadłem do ekspresowego busa, przesiadłem na Zachodnim w pociąg do Małkini /za oknem mignął mi stadion, ktory tego dnia przerobiono na szpital/i bez przesiadki w Zielonce dojechałem do bliskowschodniego Wołomina. Młodziutka i energiczna Dżesi odnalazła mnie koło stacji i dostarczyła na miejsce.

Ja, który za trzy lata będę już zaliczał się do kategorii starców, znalazłem się pod jednym dachem z parą seniorów. Seniorka zdawała sobie sprawę z mojego cierpienia i podpowiedziała mi szereg maści, które mogłyby mi sprawić ulgę. Dla dobra kompanii trzeba się poświęcać, więc przy pierwszej wizycie w aptece „Dar Serca”, poprosiłem o dodatkowe opakowanie maści alantan plus i dwa razy natłuściłem sobie lewą stopę. Tak czy inaczej, ból ustąpił, stopa stęchła i znów mogłem w pełni cieszyć się życiem.

I żyło nam się, muszę przyznać, jak u Pana Boga na gumnie i na salonie. Budził mnie крик півня на світанку, więc wstawałem, narzucałem na plecy kapotę i robiłem poranny obchód gospodarstwa: opakowanie wilgotnej karmy dla Koociii, porcja ziarna i paszy dla koguta i perliczki, dwie garście  karmy rybom, po misce bobków dla Czaduli i Pulpetona, po kilka saszetek trutki dla szczurów w szklarni i garażu.  A potem jeszcze kilka ruchów grabiami po świeżych kretowiskach, czyli erzac gimnastyki i powrót do domowych pieleszy.

W kuchni i na salonie czas szybko mijał na rozmowach, dyskusjach, wspomnieniach, lekturze brukowców i czasopism opinii, oglądaniu kurwizji i Polsatu, rozwiązywaniu krzyżówek panoramicznych, odbieraniu połączeń telefonicznych itp. Co pewien czas senior zanucił jakąś swoją ulubioną piosenkę biesiadną, zum Beispiel: „Rote Rosen, rote Lippen, roter Wein”, „ Rosamunde”, „Anneliese” , kolędę „O Tannenbaum” lub marsz „Jungvolk  voran! Jungvolk marschiert…” Ja czasami zaintonowałem parę zwrotek popularnej wśród górali „Aх , лента за лентою…» i było, jak to mówią, immer lustig.

Ze szczególną uwagą śledziliśmy wydarzenia polityczne w ukochanym kraju, a zwłaszcza decyzje ministerstwa zdrowia i resortów siłowych. Nie ulegaliśmy wpływom rządowej propagandy, bo informacje czerpaliśmy nie tylko ze źródeł oficjalnych, ale też z rozmów telefonicznych – krajowych i zagranicznych. Wiedzieliśmy, że infekcja koronawirusa nie słabnie i że głównym źródłem zakażeń są szpitale. A zatem, należy tak rozsądnie  żyć, tak bezpiecznie funkcjonować i tak się starannie izolować i dezynfekować, żeby tylko nie trafić do szpitala. I ta strategia przetrwania sprawdzała się znakomicie przez dwa miesiące.

Na tydzień przed świętami coś podkusiło seniorkę, żeby wejść na poddasze i uporządkować rzeczy w garderobie. Temu zamiarowi nie byłem w stanie się przeciwstawić, bo moc i metody złego ducha znacznie przewyższają moje skromne siły i zdolności perswazji. /Przekonałem się o tym w trakcie trwania w małżeństwie./ Skutek był taki, że mięśnie seniorki się zastały i zasłabła podczas schodzenia po stromych, wypolerowanych schodach. Ostry ból w klatce piersiowej seniorki sugerował stan zawałowy, więc wezwałem pogotowie, ryzykując zainfekowanie wirusem trojga domowników. Obawy się nie sprawdziły, bo przyjechali do nas dwaj bardzo kompetentni ratownicy medyczni, którzy zrobili EKG, podali kroplówkę z lekami przeciwbólowymi i ściśle przestrzegali zasady  higieny i sterylności. Zalecili unikanie wysiłku, spokój, wypoczynek i oszczędzili seniorce wyjazdu do szpitala w okresie przedświątecznego chaosu.

Do wigilii stan zdrowia seniorki nieco się poprawił, ale trudności i bóle przy poruszaniu się nie ustąpiły. Nie pomogło nawet wspieranie się na chodziku/balkoniku. W okresie noworocznego weekendu wzmógł się ból w okolicy biodrowej i trzeba było szukać pomocy lekarskiej.  Zaufana pani doktor nie mogła postawić jednoznacznej diagnozy na podstawie wywiadu telefonicznego, więc poleciła nam wykonanie prześwietlenia i podpowiedziała, żeby podjechać do szpitala, w którym czynny jest SOR i gdzie badania wykonują całodobowo. I w ten sposób zawiozłem seniorkę do szpitala, usytuowanego w okolicy miejsca, gdzie bodajże w 1968 roku, po raz pierwszy w życiu zobaczyłem brązowe i białe niedźwiedzie.

Na recepcji nam się poszczęściło, bo nie było w ogóle pacjentów,  a prawdopodobnie trafiliśmy na lukę spowodowaną porą obiadową. Oświadczyłem, że seniorka poczuła gwałtowny ból zapewne na skutek jakiegoś urazu, doznanego w łazience i uprzejma pani z recepcji sprawnie wykonała całą procedurę rejestracji, przewidzianą dla oddziału ratunkowego. Zanim seniorkę powieziono w głąb budynku, na moich oczach przeszła badanie Covidowe, którego wynik mógł być tylko jeden – negatywny.

Upłynęło niecałe dwie godziny i seniorka pojawiła się przy recepcji w towarzystwie lekarza lub pielęgniarza, który oznajmił, że pacjentka wyraziła zgodę na operację stawu biodrowego, ponieważ okazało się, że nastąpiło złamanie szyjki kości udowej.  Odetchnąłem z ulgą, bo akurat ten rodzaj operacji nie jest mi obcy – moi znajomi, w rożnym wieku, byli operowani w Starachowicach i w Klinice MSWiA w Warszawie i ich komfort życia się poprawił. Spodziewałem się, że seniorce wstawią protezę stawu biodrowego za najdalej trzy lub cztery dni.

Tymczasem termin wykonania operacji został przesunięty o tydzień, ponoć ze względu na jakąś infekcję bakteryjną. I nie był to okres zbyt przyjemny dla seniorki, gdyż z powodu niedostatecznej opieki pielęgniarskiej, zaczęły się jej tworzyć odleżyny. O ile dwie dziewczyny z Ukrainy starały się jak mogły, to rodaczki traktowały seniorkę po macoszemu. A po operacji seniorka odbyła kilka zajęć z rehabilitantką i – jak mi wyznała parę dni temu – bardzo jej to pomogło, a rehabilitantka też podobno była zadowolona z tego, że pacjentka ma dużo samozaparcia i zachowuje się z głową.

Niestety, sporym cieniem na prawie trzytygodniowej hospitalizacji seniorki kładą się wydarzenia z ostatnich dni pobytu. Ktoś zaordynował, że przed wypisaniem ze szpitala, pacjentka zostanie poddana jeszcze jednemu testowi na obecność korona-wirusa. I ten test rzekomo wykazał, że pacjentka jest …zainfekowana. Tę chwilę seniorka wspomina bardzo boleśnie, gdyż została nagle usunięta z sali, gdzie przynajmniej miała ciepło, a  dobra Ukrainka dyskretnie zamieniła jej łóżko na wygodniejsze, a następnie umieszczona w chłodnym izolatorium.

Seniorka tylko sobie, swojemu instynktowi zawdzięcza, że nie nabawiła się w tej izolatce zapalenia płuc  i nie opuściła szpitala w foliowym worku. Gdy ją wyprowadzano z sali, zdołała jeszcze schwycić parę rzeczy z ubrania, a nawet jakieś jednorazowe prześcieradło i tym się potem opatuliła, aby nie zamarznąć na kość.

Przykrym przeżyciem dla seniorki okazał się również jej transport ze szpitala do domu. Przewożono ją ambulansem covidowym, czyli jakimś starym, rozklekotanym gruchotem, w którym boleśnie odczuwała każdy wstrząs i każdy zakręt. Lepszymi pojazdami wozi się owce na targ. A już na pewno nie takimi gratami wożą swoje dupska zarządcy mazowieckich szpitali.

Dziesięć dni temu seniorka zakończyła dziesięciodniową, domową kwarantannę.  Jest pod opieką prywatnego rehabilitanta / gdyby chciała uzyskać taką pomoc w ramach NFZ, to musiałaby czekać ponad rok!/ i dużo ćwiczy też samodzielnie. Porusza się jeszcze z balkonikiem, ale wkrótce zacznie się asekurować kulami.  Jeżeli faktycznie została zakażona wirusem, to infekcję przeszła całkiem bezobjawowo.

Takim optymistycznym akcentem planowałem zakończyć opis bliskiego spotkania ze służbą zdrowia. Ale dziś,  samoizolując się w swej przysuskiej kryjówce /seniorkę odwiedziłem pięć dni temu i potem wracałem transportem publicznym, więc nie wychodzę, żeby przypadkiem czegoś nie przenieść / odebrałem telefon od kolegi, który poinformował mnie, że moi sąsiedzi zza ściany są apjat’ na kwarantannie, gdyż młodsza sąsiadka-pielęgniarka przeszła powtórną infekcję i że tym razem została zainfekowana także jej matka. No cóż, zaraza się nie skończy, dopóki nie zlikwidujemy tego szpitala w Radomiu na  Józefowie.

P.S.  Informacja o zakażeniu starszej sąsiadki na  szczęście się nie potwierdziła. Powtórne zainfekowanie sąsiadki – pielęgniarki pozwala wysnuć dwa wnioski: a)jeżeli nawet ozdrowieńcy nie nabywają odporności na korona-wirusa, to tym bardziej nie staną się odporni zaszczepieńcy i b) w warunkach domowych mechanizm zakażania covid-19 nie funkcjonuje tak świetnie, jak w szpitalach.

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *