Dziś poznałem odpowiedź na to pytanie. Otóż, trzeba pójść do Kobyłki na piechotę , a nie wozić swój tyłek samochodem.
Rano zjadłem śniadanie (filet śledziowy „marinero” w oleju plus trzy sznytki chleba), a potem podobiadek (szynka konserwowa z papryką -może nawet z gminy Potworów- podsmażone w średniogłębokim oleju i kolejne trzy sznytki chleba, tym razem razowego). W południe coś mnie podkusiło i stanąłem na wadze łazienkowej, która wyświetliła 104 coma 7 kilograma. Wszystko w normie- pomyślałem – i zacząłem szukać informacji o nowych zgonach i zakażeniach w macierzystym powiecie.
Czekałem na telefon, ale nie spodziewałem się, że zadzwoni tak szybko. O trzynastej limuzyna była już wyrychtowana do odbioru. Sprawdziłem w internecie rozkład jazdy busów i poszedłem na przystanek. Po drodze oddałem p. Małgorzacie pieniądze za płyn do chłodnicy.
Na przystanku zobaczyłem tabliczkę z rozkładem jazdy, ale z doklejonymi karteczkami, informującymi o zmianach w kursowaniu busów, spowodowanych koronawirusem. Najbliższe połączenie miałem mieć za dwie godziny z hakiem.
Mogłem wrócić do domu i zająć się np. dzwonieniem do rejestracji szczepień na Covid-19, bo jakiś wspaniałomyślny PiSun zaliczył mój rocznik do seniorów z lat 1957-61. Mogłem zamówić sobie taksoweczkę z Wołomina, oczekującą w rządku pomiędzy dworcem a Kauflandem, bo kosztuje tylko dziesięć razy drożej niż bus. Mogłem poprosić o podrzucenie do miasta jedną panią odjedzającą z zakupami. Ale wybrałem rozwiązanie najciekawsze i być może niepowtarzalne – ruszyłem do Kobyłki na piechotę.
W Helenowie szło mi się doskonale po eleganckim chodniku.
Gdybym tutaj skręcił w lewo, to mógłbym zobaczyć dom rodzinny aktualnego pasterza mojej diecezji.
Rzeka Czarna nie jest czarna, ale czy w tym szlamie coś pływa, to wątpię.
Wołomin wita i właśnie układa brakujący odcinek chodnika dla piechurów i parafian z Czarnej
Wydaje mi się, że willa Danuta, gdyby nie była w ruinie, to byłaby najładniejszym obiektem przy ul. Piłsudskiego.
Do najbliższego koscioła w Wołominie dotarłem w 65 minut. Na bosaka dałoby się pewnie szybciej.
Po drodze minęły mnie dwie karetki pogotowia. Ta na łódzkich blachach przyjechała na moje wezwanie w grudniu.
Z Wołomina do Kobyłki jest na dwa świśnięcia batem.
A do Warszawy już tylko 21 kilometrów, ale butów szkoda, bo droga nierówna.
Dotarłem do celu w niecałe dwie godziny, odebrałem pojazd, wróciłem do domu i o szesnastej dwadzieścia ponownie się zważyłem. Wyświetliło się 102,5 kilograma.
