Maski bez łaski

Przyszła wiosna, a może mi się tylko zdawało.  Od świąt wiatr huczy i dudni jak w Kieleckiem, albo jakby wszechmocne PiS dęło w okarynę /po ukraińsku : якби ПіС дуло в сопілку/. Za oknem chłód i zawieja, do pracy spieszy robotnik…ale nie ja 😎

Ja nie tylko zostaję w domu, ale i nie wychodzę bez powodu z ulubionego łóżka. Nawet trzech antków mnie z terytorium mojego łóżka nie wyrwie. А  звідси до ліса не пійду, bo nie mam siekiery dobrze naostrzonej.

La vie confinée. Il faut respecté le confinement. A w zamknięciu co robić? Wuj Stach pewnie  doradziłby: „pluć, łapać i po dupie się drapać”. Babcia Bronka zaś, odrzekłaby bez wahania: „srać i drobić”.  A gdyby ktoś jej nakazywał wkładanie maski po drodze na pole, to okręciłaby głowę szalinówką i powędrowałaby z zadartą kiecką.

Być może i dla mnie jeszcze kiedyś słoneczko zaświeci, ciepły wiaterek powieje i zachęci do wyjścia na ugory, karczowiska i nieużytki, które mam rozsiane w czterech siołach a dwóch gminach, którego to majątku, mam nadzieję, strzeże pod mą nieobecność jawna i tajna policja z przysuskiego rewiru. Podatek od moich nieruchomości wszak nie tylko na bieżąco, ale i zadatkiem, opłaciłem. Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego w moim lesie, zamiast wdychania jodowego zapachu, miałbym się dusić w chińskiej masce, a w polu, gdzie nie tylko rumiankiem pachnie,  mógłbym bezkarnie harować  od świtu do nocy bez osłony nozdrzy?

Dlatego też, w ten ostatni dzień przed wprowadzeniem reżymu maskowego, odłożyłem na bok wszystkie łóżkowe atrakcje i zająłem się szyciem własnej maseczki wielokrotnego użytku. Mam co prawda kilka sztuk medycznych jednorazówek sprzed 7 lat /kiedy opiekowałem się członkami rodziny/, ale one mi się zsuwają z mojego orlego nosa, którego i tak nie zamieniłbym na kaczy dziób, prosiakowaty ryjek lub kiełkowatego kartofla. Jedna z tych jednorazówek posłużyła mi za wzór.

Bardzo dużo czasu straciłem na poszukiwanie materiału na maseczkę, aż natrafiłem na wysłużoną powłoczkę mojego Kopfkissen. Powłoczka to był nawet prefabrykat, wymagający jedynie paru cięć i zszycia trzech boków. Troczków do wiązania maseczki nie ciąłem moimi nożyczkami  z Solingen, przywłaszczonymi przez wuja Stacha po jakimś krawcu z Wehrmachtu, poległym w kotle za Ruskim Brodem, tylko odpruwałem sobie paski i zszywałem je na dubelt dla wzmocnienia, bo materiał od mojego intensywnego spania mocno był posiepany.

Maseczka jest świetna. Nie dość, że spod igły, to jeszcze z zapachem mojego ostatniego prania, z dobrą przepuszczalnością powietrza. Nie odczuwam wstrętu, kiedy ją sobie montuję na nosie, nie parskam alergicznie jak w tej chińskiej i nie odrzuca mnie na myśl, że szył ją jakowyś babol z Koła Gospodyń Wiejskich z okolic Nowego Wuhan nad Pilicą albo aktywistka Akcji Katolickiej z diecezji radomskiej. Także kolorem moja maseczka nie różni się bardzo od tych standardowych.

I niech mi nie robią łaski, podkreślam ł a s k i : rząd, samorząd, spółki skarbu państwa, wielcy biznesmeni, celebryci i profitenci wszelkiej proweniencji, sprowadzając mi chińskie maski.  Mnie interesuje jedynie chińska herbata i chiński jedwab – na odświętną maseczkę.

 

PS.  16.04.2020.  On jeden zrozumiał moje intencje i wkrótce zawarczą  Singery i Łuczniki i zaczną szwaczki czkać przy masowej produkcji maseczki narodowej w okresie Jego długiej kadencji.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *