Nie mój cyrk…?

Mam nowe, rozkoszne zajęcie: czekam na wyznaczenie przez Sąd Rejonowy w Olsztynie terminu rozprawy o wygaszenie obowiązku alimentacyjnego. Bardzom ciekaw, o ile dłużej będę czekał, niż niegdyś tamta strona (w jej przypadku było to tylko dwa miesiące i jeden dzień). Jestem wyjątkowo cierpliwy, a poza tym umilam sobie oczekiwanie obserwowaniem tej niezwykłej hecy, która rozgrywa się w środowisku sędziowskim. Ze szczególną uwagą śledzę poczynania dwóch sędziów, z którymi kiedyś zetknąłem się na sali rozpraw w Olsztynie. Prawdę mówiąc, wcale nie jestem zaskoczony, że to akurat oni najaktywniej bronią w pełni zdyscyplinowanego, zhierarchizowanego modelu sądownictwa w tym ich cudownym regionie i w całym tym państwie od gór do morza.

Obu panów PT. Sędziów spotkałem w 2008 roku, kiedy reprezentowałem dyplomowaną przedszkolankę z likwidowanego/prywatyzowanego przedszkola w jej sporze o odprawę z Gminą Olsztyn. W obu przypadkach odczuwałem skoki poziomu adrenaliny, ale nie dałem się całkowicie wyprowadzić z równowagi. Zapomnieć się jednak tego nie da.

W kameralnej salce IV Wydziału SR, p. Sędzia – nazwijmy go dla porządku np. Gaweł- wówczas w randze asesora, już na pierwszej rozprawie uniemożliwił mi zadawanie pytań pełnomocnik Gminy Olsztyn. A na następnym posiedzeniu było całkiem jak w amerykańskich filmach: ja zadawałem pytanie świadkowi, a p. Gaweł, z uśmieszkiem, w poczuciu wyższości i bezkarności wymawiał formułkę: uchylam to pytanie. Po pięciu próbach zrezygnowałem.

Nie odpuściłem i pomimo letnich upałów, skleciłem 6-stronicową apelację do SO w Olsztynie. Zarzuciłem p. Sędziemu Gawłowi, m. in., naruszenie zasady kontradyktoryjności. Pani Sędzia sprawozdawca zacięła się na tym słowie, a ani p. Przewodniczący, ani p. Delegat nie pośpieszyli Jej z pomocą. Wtenczas szybko się poderwałem z lewej ławy i wytrajkotałem bez zająknięcia to trudne słowo, a przy okazji przedstawiłem Wysokiemu Sądowi istotę sprawy. Chyba naruszyłem jakiś tamtejszy rytuał, bo potem, przy uzasadnianiu postanowienia, p. Sędzia Przewodniczący (dla porządku nazwijmy Go Paweł) dość dużo mówił o moim niewłaściwym zachowaniu na sali rozpraw. Że to pierwszy taki przypadek w Jego karierze. Pewnie liczył, że się domyślę i na kolanach przeproszę, że nie stałem ze skulonym ogonem przed obliczem III Władzy? Zareagowałem najlepiej jak umiałem: wnioskiem do protokołu (jeśli to proceduralnie możliwe) o sporządzenie pisemnego uzasadnienia wyroku.

Po pewnym czasie otrzymałem z Sądu Okręgowego wnioskowane uzasadnienie, sporządzone przez p. Sędziego Przewodniczącego w objętości 20 stron maszynopisu. Naszła mnie wtedy refleksja, że nadchodzi zmierzch wydziałów pracy i niepewny jest los specjalistów z zakresu tej sztucznie wyodrębnionej dziedziny prawa. Nawet o posadzie prezydenta państwa nie mogli myśleć, bo już zajmował ją spec od umów o pracę i rent socjalnych. W samym Olsztynie też zrobiło się nieciekawie, bo wielki dobroczyńca i patron honorowy sędziowskich eventów ciągle miał status podejrzanego w seksaferze. Ale Polska to jednak państwo nieprzewidywalne.

Parę lat wstecz, wykorzystując przerwę w obowiązkach gospodarskich, z ciekawości postanowiłem sprawdzić w internecie, co tam słychać u panów Sędziów w Olsztynie. I wtedy zobaczyłem, że p. Sędzia Gaweł wskoczył do okręgowego, a p. Sędzia Paweł katapultował się do Izby Pracy i Ubezpieczeń Socjalnych Sądu Najwyższego, czyli tej, z której wywodzi się sama p. Prezes Sądu Najwyższego.

Wpatruję się teraz w zdjęcie sędziów z połączonych Izb SN i dostrzegam znajomą twarz w samym centrum. Czytam też oświadczenie zgromadzonych i domyślam się, że p. Sędzia z Olsztyna miał spory udział w jego zredagowaniu.
Czy w tej sytuacji komuś jeszcze zaświta myśl o likwidacji wydziałów pracy w polskich sądach?
Tylko czy to mnie powinno w ogóle obchodzić?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *