Perłowy ślad

Rodzinne remanenty cz. 3

Nigdy nie planowałem i nie przypuszczałem, że się kiedykolwiek ożenię, a prawie wszyscy nie wierzyli i nie przypuszczali, że się rozwiodę. Uważałem, bowiem, tak samo jak św. Paweł, że „najlepiej jest się nie żenić”. A znając siebie, jeszcze przed zawarciem związku cywilnego, uzgodniłem z drugą stroną warunki cywilizowanego rozstania. Ślub cywilny wziąłem 13 lutego 1993, a rozwód orzekł Sąd 17 lutego 2015 roku. Z tego powodu, dzisiaj nie świętuję „perłowych godów”.  A po „Perle” pozostał jedynie ślad w pamięci.

Przed trzydziestu laty w ogóle nie wyobrażałem sobie siebie w roli męża, a tym bardziej ojca. Nie miałem, po prostu, takiego wzorca w rodzinnym domu. Małżeństwa, które znałem lub czasem obserwowałem, to nie był model dla mnie. Status narzeczonego całkowicie mnie satysfakcjonował i byłem pewien, że nie zmienię go przynajmniej do czasu zakończenia edukacji. Konkretna propozycja małżeństwa, którą usłyszałem w posępny jesienny dzień, tak mnie zaskoczyła, że nie zdołałem z niej wybrnąć.

Na poczekaniu zacząłem kombinować, wymyślać przeszkody, stawiać warunki, aby tylko przesunąć ślub poza okres ferii zimowych. Wszystko na nic.  Jubiler dobrał obrączki w pięć minut, krawiec na Chmielnej – Śp. Wituś z radością podjął się uszycia garnituru, sala balowa, czyli świetlica Związku Ukraińców w Olsztynie była do dyspozycji, kapela ukraińska „Знайоме обличчя» z Łucka miała akurat lukę w występach gościnnych na Warmii i Mazurach, a kierownik USC w Olsztynie wymagał tylko wypełnienia formularza z zachowaniem terminu na miesiąc i jeden dzień przed zaplanowaną datą ślubu. Nie powstrzymała drugiej strony również ta przesądna data – 13 lutego, a przecież  wskazałem ją celowo, odrzucając 6 i 20 lutego. Moje ukraińskie wesele zakończyło się nad ranem w niedzielę 14 lutego – w Polsce bodajże po raz drugi obchodzono wtedy Walentynki.          

/w tym budynku była ukraińska „домівка»/

Byłem bliski podjęcia decyzji o unieważnienie małżeństwa zanim jeszcze ciocia Jadzia odjechała do Warszawy. 22 godziny po podpisaniu aktu. Skończyło się tylko na szczerej i niezbyt przyjemnej rozmowie. W rezultacie, zamiast 22 godzin, małżeństwo ciągnęło się aż 22 lata.
Druga strona wysłała mi pierwszy sygnał o rozwodzie gdzieś w ósmym roku małżeństwa. Po upływie kolejnych siedmiu lat wiedziałem już na sto procent,  że małżeństwo nie przetrwa.  Równo z upływem trzeciej siedmiolatki, tamta strona oświadczyła mi, że dojrzała do rozwodu. Nie oponowałem, tylko czekałem na pozew. Sąd olsztyński okręgowy przesłał mi go pod koniec lipca 2014 roku. Wniosek powódki poparłem i na pierwszej rozprawie 17 lutego 2015 roku, po upływie kwadransa usłyszałem orzeczenie o rozwodzie.
Poza protokołem rozprawy, pani Sędzia zapytała mnie, co moim zdaniem doprowadziło do rozpadu związku małżeńskiego. Po chwili namysłu przyznałem szczerze, iż „nie udało mi się zbudować małżeństwa według mojej koncepcji, czyli jako takiego bardziej luźnego związku, gdzie obie strony nie muszą zachowywać się zgodnie z tradycją”.
Obecnie nikogo nie dziwi, kiedy małżonkowie mieszkają oddzielnie, że jedno z nich przebywa za granicą, że kobieta zarabia pieniądze a mężczyzna nimi zarządza, że naczynia zmywa maszyna, a pokój odkurza robot itp.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *