Pienieczka

Pod koniec lata 1927 roku, Ignacy Antonik, trzydziestotrzyletni rolnik spod Iłży, zaprzągł konia, przywiązał do kłonicy krowę, załadował na furmankę żonę Mariannę z kilkumiesięcznym synkiem Jankiem oraz trochę dobytku i wyruszył za Wisłę i jeszcze dalej na wschód. Po dwóch tygodniach dotarł w okolice Wysokiego Litewskiego, aby tam, na parunastu hektarach gruntów z rozparcelowanego folwarku Pienieczka, budować nowe, własne gospodarstwo.

Ignacy Antonik nie był jedyny, który dał się namówić obrotnym żydowskim pośrednikom w handlu nieruchomościami na kupno ziemi z majątku hr. Jakuba Potockiego, przeznaczonej przez Rząd II RP do realizacji ustawy o reformie rolnej w latach 1925/26. Na południowych obrzeżach kilkusethektarowego kompleksu leśnego Pienieczka powstała Kolonia Pienieczka, złożona z dziesięciu gospodarstw polskich osadników. Osada przetrwała szczęśliwie okres wojny, lecz po ostatecznym ustaleniu linii granicznej w 1945 roku, mieszkańcy zostali przymuszeni do wyjazdu. Niektórzy z nich, w tym Ignacy Antonik, który zdążył się w Pienieczce zagospodarować i ochrzcić w kościele w Wysokiem trzy córki, mieli nadzieję na odwrócenie losu i próbowali przeczekać jakiś czas, koczując w przygranicznych wioskach (np. w Tokarach). Cud się jednak nie zdarzył i rodzina Antoników wylądowała na Kujawach.

Jedyny dowód na to, że rodzina Antoników żyła w okolicach Wysokiego Litewskiego przechował się w dokumentach trzech córek Ignacego: Heleny, Marii i Krystyny. Jako miejsce urodzenia Heleny, urzędnik z komisji repatriacyjnej zapisał: Kolonia Pinecko, u Marii i Krystyny zaś, Wysokoje. Czasami panie miały z tym kłopoty, podobnie jak z datami urodzenia, dlatego mówiły, że dobrze by było zajrzeć kiedyś do kościoła w Wysokiem i sprawdzić zapisy w księgach parafialnych.

Cztery lata temu córka i zięć pani Krystyny postanowili zorganizować sentymentalną podróż dla seniorek, a ja chętnie się do tego przyłączyłem, bo była okazja zajrzenia do Brześcia. W lipcu 2016 r. pozałatwiałem formalności wizowe, zarezerwowaliśmy nocleg w brzeskim hotelu „Bug” i 5 września przekroczyliśmy granicę w Połowcach-Piaszczatce.

Przez całą drogę siostry Helena i Krystyna dzieliły się z nami wspomnieniami, piosenkami i wierszykami zapamiętanymi przez Helenę z pierwszych klas szkoły w Wysokiem, problemami życiowymi w pierwszych latach po przeprowadzce na Kujawy itp. Kiedy zajechaliśmy do Wysokiego –

DCIM100MEDIA
DCIM100MEDIA

senne, wyludnione postsowieckie miasteczko, którego nie da się porównać nawet z Odrzywołem – to stało się jasne, że będzie bardzo trudno odnaleźć coś, co pozostało niezmienione. Dwa najważniejsze obiekty: szkoła i kościół także nie były już takie same, jak przed wojną.

Jeszcze większe rozczarowanie pojawiło się, kiedy dzięki pomocy Wiktora Pietrowicza, dotarliśmy na miejsce gdzie była osada polskich gospodarzy. Ujrzeliśmy wielkie kołchozowe pole, odgrodzone od lasu jedynie polnym traktem. Żadnych śladów zabudowań. Wszystko dokładnie zaorane i obsiane lub obsadzone. Wzdłuż tego polnego traktu ziemia także nieco wzruszona, bo ułożono tam rurociąg biegnący do granicy z Polską (jak następny Pawlak się sprzeda i podpisze „dagawor”, to przyłączą kawałek rury i bedą pompować, a my będziemy bulić jak za zboże). Dopiero w leśnych zaroślach napotkaliśmy jakieś zdziczałe krzewy ogrodowe, jakiś kamień ociosany.

Kolonia Pienieczka zniknęła. Przy drodze, która pewnie kiedyś biegła pomiędzy folwarkiem Pienieczka a sąsiednim Mariampolem, w kępie umarłych drzew zachowała się kapliczka z polską inskrypcją, ale z czasów bardziej jeszcze odległych, niż powstanie Kolonii. Według Wiktora Pietrowicza resztki zabudowań usunięto w końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Krótko mówiąc, szukaj wiatru w kołchozowym polu.

Po noclegu i poranku spędzonym w Brześciu zaczęliśmy powrót z wycieczki, a że Pienieczkę i Wysokie mieliśmy po drodze, to zajechaliśmy na kartoflisko od wschodu. Akurat brygada mieszana przeprowadzała wykopki czteroosobowym kombajnem z supportem niebieskiego ziła. Zatrzymaliśmy się w przyzwoitej odległości od kołchozowych pojazdów, a ja, używając gwary z Poudlaszsza, wstrzymałem na kwadrans prace brygady. Na żal przewielki, nikt z brygady nie miał zielonego pojęcia o istnieniu Kolonii Pienieczka. Ale skierowali nas do zabudowań przy torach kolejowych, a tam pani Olga Żaczek serdecznie z nami pogwarzyła, przytoczyła kilka wersji pochodzenia nazwy Pienieczka (np. od nazwy takiego malutkiego wschodniosłowiańskiego ptaszka, troszkę większego od kolibra, zwanego „piejeczka”) i doradziła jeszcze raz zastukać do księdza proboszcza, zajętego zapewne remontem kościoła parafialnego przy ulicy Lenina 22.

Zajechaliśmy zatem ponownie pod kościół, zastukaliśmy w bramę i po krótkiej pogawędce na dworze, weszliśmy za księdzem Andrzejem Brodziczem do wnętrza świątyni. Pani Helena przypomniała sobie ławki i jakieś fragmenty wystroju, zdemontowane na czas remontu. Zapytaliśmy o księgi parafialne i okazało się, że jeśli się zachowały, to przechowywane są w kościele w Kamieńsku. Ksiądz Andrzej obiecał poszukać, ale czy odnalazł jakieś zapisy, dotyczące członków rodziny Antoników z Kolonii Pienieczka, tego nie wiemy, bo nie odpowiedział na nasze maile.

Opuszczaliśmy kościół z przekonaniem, że zrealizowaliśmy cały plan wycieczki. Na koniec zaświeciło nam słońce, więc zajrzeliśmy jeszcze na cmentarz katolicki w Wysokiem. A przed Siemiatyczami skręciliśmy w lewo, żeby zaczerpnąć uzdrawiającej wody z ujęcia u podnóża świętej Góry Grabarki.

Pani Helena, która za parę dni, 18 stycznia 2020 roku, skończy 92 lata, po tej naszej wyprawie poczuła się jakby zdrowsza i silniejsza, więc może trzeba pomyśleć o zorganizowaniu następnego wyjazdu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *