Lany poniedziałek. W propisowskiej telewizji z samego rana „Potop”. Natrafiam na scenę, kiedy Kmicic, czy jakowyś tam Babiarz albo Babinicz rzuca paulinom na stół trzos wielobarwnych jubilerskich oczek. Dwie godziny później infokurvizja puszcza archiwalne nagrania śmigusa-dyngusa w wykonaniu profesjonalnych strażaków oraz bandy bachorów z małych miasteczek, naśladujących zabawy wiejskich parobków sprzed stu lat. Na rynki i place powiatowych metropolii leje się woda z sikawek, kubełków po farbie i kapuście i z plastikowych pistoletów. A za oknem, gdzieś nad Łomiankami, już zbierają się czarne chmury, z których zapewne lunie deszcz na pola i lasy, gdzie stał się „cud nad Wisłą”.
Zaczęło kropić, ale wielkiej ulewy z tego nie będzie. Może to i dobrze, bo zaczęła szwankować jakaś pompa,
odpowiedzialna za osuszanie gumna i zasilanie oczka wodnego. Zmartwiony nieco tą awarią, przypomniałem sobie ubiegłoroczny pomysł PiS/Dudy pt. „Oczko+”.
Poszperałem tu i ówdzie, i okazało się, że projekt nie spłynął z wiosennym przyborem Wisłą i Odrą wraz z Marzanną, tylko odrodził się w postaci 2 edycji. I znów do przepompowania jest 100 milionów polskiej szczerozłotej waluty.
Zewidencjonowałem i pomierzyłem /za pomocą PiSdecznego palca/ wszystkie zbiorniki wodne, których jestem właścicielem lub tymczasowym zarządcą. 


Wyszło mi, że retencjonuję na potrzeby swoje i mojego ukochanego kraju dwadzieścia razy wiecej wody, niż minimalny beneficjent projektu, którego oczko musi zawierać 2 metry kubiczne H2O. A potencjał retencyjny mam w granicach 150 metrów kwadratowych i 100 metrów sześciennych. I nie będę osuszał terenu nawet przez dziesięć lat po odpływie pisonerii z PiSuchy.
Wobec powyższego, uważam, że złotówki za „oczko+” należą mi się z mocy samego rozporządzenia.