PiSzczy bieda w PiSusze

Przez ostatnie trzy tygodnie nie wychodziłem do centrum miasta, ani do nowego centrum handlowego, bo to jeszcze dalej, niż na targowisko. Nie chciało mi się ruszać z mieszkania tak po prostu, nawet nie ze strachu przed deszczem i koronawirusem. Zresztą, gdyby przesłuchiwało mnie gestapo, to powiedziałbym, że siedzę w domu, bo czekam na listonosza z emeryturą. Niemca chyba by trafił szlag, gdyby usłyszał, że bardzo lubię leniuchować. Przyznaję, natomiast, że co kilka dni, o szarówce lub wieczorem, wymykałem się do pobliskiego sklepu po trochę padliny, pieczywa, nabiału oraz po śledzie, kawę i czekoladki z malagą lub adwokatem.

Podliczyłem moje styczniowe wydatki na żywność i wyszło mi niecałe 220 złotych. Ale, muszę zaznaczyć, produkty ze sklepu to nie było wszystko, co skonsumowałem w tym długim, zimowym miesiącu. Nie ukrywam, że obżerałem się też grzybami ( różnymi gatunkami i w różnej postaci), że wyjadałem zapasy konfitur i soków owocowych, wyciągałem ze słoików ogórki własnej roboty, popijałem wywary z osobiście ususzonej mięty, dzikiej róży i czarnego bzu, że dosładzałem je sobie podarowanym miodem itd. Według moich szacunków, wartość tych domowych produktów stanowiła około 300 złotych. Alkoholu nie wliczam, bo spożywam go nieregularnie i jedyne, co mnie wtedy interesuje to promile w organizmie w dniu następnym.

Zająłem się tak drobiazgowo tymi w gruncie rzeczy niepotrzebnymi obliczeniami, kiedy na Onecie została opublikowana tzw. mapa polskiej biedy, na której PiSucha została oznaczona jako jeden z biegunów nędzy i niedożywienia tego ukochanego kraju ojczystego. Mapkę sporządzono na podstawie „badań” niemieckiej sondażowni marketingowej GfK Geo-Marketing (najprawdopodobniej wykonanych przez pracowników jej polskiej ekspozytury). Firma ta, posługując się metodami geoinformatycznymi /a metody te to nic innego jak wywiad w urzędach i instytucjach państwowych oraz organizacjach pozarządowych dość istotnych dla gospodarki i bezpieczeństwa kraju), ustaliła, że przeciętny Polak wydaje rocznie na jedzenie, odzież i środki higieny osobistej równowartość 2330 dolarów amerykańskich. A poza tym, taż niemiecka/proniemiecka wywiadownia handlowa przedstawiła, że przeciętny warsiawiak kupuje sobie żarcia za 1340 dolarów, a pisuszak jedynie za 807 USD. I z tego zestawienia wyciągnęła wniosek /ach, ta niemiecka logika!/, że pisuszak żyje w biedzie. Nie sprecyzowano jednak, czy chodzi o tego pisuszaka ze sztetla, czy może z gminy lub z terenu całego powiatu, który liczy sobie około 50 tysięcy mieszkańców, w tym gronie prawie dwadzieścia odsetek stanowią mieszczanie z PiSuchy, Gielniowa i Odrzywołu. Jak podano, chodzi o 14 tysięcy pisuszaków, którzy, jak sugerują przerobione na memy mapki, zaspokajają głód miską lagrowej zupy i żebrzą o jałmużnę pod murami świątyni.

Autor publikacji, zamieszczonej na portalu Onet – Jacek Frączyk z Businessinsider pokusił się o interpretację raportu GfK Geo-Marketing i odkrył, że miejscowości, określone jako bieguny biedy w Polsce, w tym i PiSucha, są takie biedne, ponieważ nie posiadają wygodnych połączeń z istniejącymi autobanami i ekspresówkami. Jego zdaniem, brak dojazdów do autostrad hamuje dopływ kapitałów inwestycyjnych do PiSuchy i jeszcze trzech wymienionych z nazwy, ubogich powiatów. A za opóźnienia w budowie szlaków komunikacyjnych i utrzymujące się na poziomie kilkunastu procent bezrobocie, jak wszyscy wiedzą, odpowiada rządząca pisoneria, która np. uwikłała się w spór przy wytyczaniu przebiegu trasy S-12. Pod koniec tego wywodu coś tam jednak zaświtało w główce autora, bo nagle zajarzył, że z PiSuchy do „siódemki” jest raptem 30 kilometrów. Gdyby jeszcze dostrzegł istnienie linii kolejowej koło PiSuchy i porośniętą chwastami bocznicę, to pewnie nie plótłby głupot o potencjalnych inwestorach, oczekujących jakoby na zakończenie budowy połączeń drogowych.

Po przeczytaniu tych Onetowych bzdur nie schowałem się ze wstydu pod łóżko, tylko zamknąłem mieszkanie, wsiadłem do auta, zajechałem na stację benzynową, zatankowałem za 150 z okładem i pojechałem do starszej biedronki na zakupy. Zaszalałem za przeszło 90 złotych, bo akurat pomarańcze i pralinki sprzedawali z rabatem. Ale co tam! przecież ten miesiąc jest trochę krótszy.

Przy kasie spotkałem znajomego i zapytałem go grzecznie, czy aby głód nie zagląda mu w oczy? A on stwierdził, że obecnie ma się świetnie i chętnie natłukłby po ryju tych, co mu opóźnili o rok przejście na emeryturę. Miałby wtedy, w 2014 roku, na zakupy żywności i odzieży około 40 tysięcy. Pięć razy więcej niż przeciętny warszawiak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *