Plac Puszkina

Z głębi biurka wygrzebałem stary notes, z którego wypadła nieduża karteczka – przepustka do akademika Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego (MGU) z lipca 1988 roku. Niespodziewanie odżyły wspomnienia z wakacyjnego wyjazdu do Moskwy w ramach wymiany studentów pomiędzy uczelniami byłego bloku KDL-ów. A był to, jak mi się wydaje, ostatni taki grupowy wyjazd przedstawicieli ówczesnego mojego wydziału do ZSRS.

Inicjatorem i organizatorem wyjazdu był doktor Tadeusz, a jako drugi opiekun pojechała z nami doktor Ewa. Studentów załapało się ośmioro: czworo młodych z magisterskich (Danka, Grzesio, Tadzio i Tomuś) i nas czworo z podyplomówki (Elwira, Ewa, Łucja i ja). W Moskwie nasza grupa została połączona z niewielką reprezentacją z zaprzyjaźnionych Niemiec Wschodnich oraz z dość liczną i szczerze oddaną sprawie komunizmu ekipą z Bułgarii. Do pomocy naszej grupie gościnni gospodarze wybrali docenta Wjaczesława oraz kilkoro studentów: Dimę, Wadima, Tanię z mężem Jurijem, Lubę, Ludę z mężem Olegiem, Marinę i  Swjetę.

Nazajutrz po przyjeździe do Moskwy wszyscy studenci-praktykanci zjawili się na wydziale MGU, w pracowni telewizyjnej tak ogromnej jak największe wówczas studio na Woronicza, gdzie powitał ich sam dziekan – prof. Jasen Nikołajewicz  Zasurskij. Następnie każda nacja odczytywała przygotowany referat „po linii i na temat”. Po trzech przynudzaczach z Rosji, NRD i Bułgarii, wystąpił prelegent z Polszy, który ożywił nawet sztywniactwo z NRD spiczem nt. prasy dla młodzieży w PRL. Ta swobodna, luźna, nienadęta i czasami humorystyczna forma prezentacji kilku tytułów gazet i czasopism młodzieżowych bardzo przypadła do gustu JE Dziekanowi Zasurskiemu, który serdecznie pogratulował mówcy z Polski. I w tym momencie, w zasadzie, moje zadanie zostało wykonane.

W kolejnych dniach, a raczej przedpołudniach, zaliczaliśmy wizyty w siedzibach takich instytucji, jak redakcje „Prawdy”, „Komsomolskoj Prawdy”, „Izejestij”, tygodnika „Ogonjok”, „Litieraturnoj Gaziety” oraz agencja „TASS”. Zostaliśmy też ugoszczeni obiadem przez miejski komitet KPZS w Zagorsku. Oficjalne wypowiedzi, dyskusje i zapytania dotyczyły głównie takich pustych pojęć, jak „pierestrojka”, „głasnost'” i „chozrascziot”.

Lipiec ów był dość upalny, więc z każdym dniem mieliśmy coraz mniej ochoty na łażenie po redakcjach, a nawet po ulicach i sklepach, gdzie nie było niczego atrakcyjnego. Mnie się poszczęściło, bo natrafiłem w końcu na kuszę pneumatyczną (подводное ружьё)    i z tym niezwykłym sprzętem przez Kijów, Leningrad i Wilno dojechałem do Warszawy. Niezapomniane były noce, które spędzaliśmy w fontannie obok naszego przeogromnego akademika.

Jednego wieczoru wybrałem się sam na Plac Puszkina (namawiałem młodszych kolegów, ale mieli jakieś obawy). Ten plac po zmroku zamieniał się w Hyde  Park, gdzie demonstrowały, wiecowały lub tylko kłóciły się rożne grupy polityczne, etniczne i religijne. Tego dnia najgłośniej zachowywali się wyznawcy Kriszny oraz Ormianie i Azerowie. Włączyłem się do kręgu namiętnie dyskutującego o prawach człowieka i po jakimś czasie nasza dyskusja zwekslowała na sprawy narodowe, niepodległościowe i konfesyjne. Rok 1988 to było Millenium Chrztu Ukrainy-Rusi, a na ten temat miałem już wtedy własne zdanie. Wkrótce ze słuchacza przeminiłem się w mówcę jakby z własnym kręgiem zwolenników, nawet dwóch milicjantów przysłuchiwało mi się z ciekawością (jeden pochodził spod Czernihowa!).

Kiedy rozglądałem się za jakimiś bardziej świadomymi Ukraińcami, podszedł do mnie i przedstawił mi się młody, niepozorny, energiczny, ciemnowłosy chłopak  – Anatolij  Docenko. Oświadczył, że reprezentuje stowarzyszenie „Widrodżennja”, które działa na rzecz Ukrainy. Miał w sobie ogromny zapał i nie ukrywał, że szuka kontaktu z przedstawicielami innych organizacji ukraińskich. Wymieniliśmy się adresami (wtedy kwaterował przy ul. Musy Dżalila), a ponadto otrzymałem od niego kontakt do Ołeksandra Iwanczenki ze Stowarzyszenia „Sławutycz”, działającego w środowisku moskiewskich Ukraińców /informację o Stowarzyszeniu „Sławutycz” udało mi się opublikować po powrocie do Warszawy w centralnym organie KC PZPR).

Z Placu Puszkina, pełen emocji, powróciłem do akademika ostatnim metrem. I chyba niepotrzebnie podzieliłem się tymi przeżyciami z naszymi opiekunami.  Doktorzy Ewa i Tadeusz byli w szoku i jakby nagle się czegoś wystraszyli. Zaczęli rozważać odesłanie mnie do ukochanego kraju ojczystego.  Ostatecznie wydumali, że ukarzą mnie zakazem odzywania się w czasie następnych wizyt w sowieckich instytucjach. Zamknąłem więc gębę na kłódkę, ale to z kolei zaintrygowało moich sympatyków z NRD i Bułgarii, którym nagle zrobiło się bardzo nudno bez moich pytań i uwag. Doktor Tadeusz, chcąc niechcąc, musiał odwołać zakaz. Z Moskwy do Kijowa i dalej jechaliśmy z dr. Tadeuszem razem i wesoło.

Z Anatolijem Docenką utrzymywałem kontakt telefoniczny przez około rok. Potem on gdzieś wybył z Moskwy. A na początku lat 90. usłyszałem jego głos w „Radio Swoboda”, a potem jeszcze w „Deutsche Welle”. Był korespondentem tych rozgłośni w okresie rozpadu Związku Sowieckiego i z całych sił wspierał emancypację państwową Ukraińców.

Niestety, w Internecie odnalazłem informację, że Anatolij Docenko – mój znajomy z Placu Puszkina, od kilkunastu lat nie żyje. Że jego życie w warunkach niepodległego państwa ukrainskiego nie było usłane różami. Że, być może, do jego śmierci w lipcu 2007 roku, przyczyniły się służby specjalne postsowieckiej Rosji lub Ukrainy. Нехай Йому земля пухом!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *