Chałupinę zamknąłem na cztery spusty na początku sierpnia, bo zgodnie z planem, po zakończeniu pobytu w Pruszkowie, około Matki Boskiej Zielnej miałem udać się do Wołomina. Plan się jednak zmienił i zostałem w Pruszkowie, pilnując węża,
do świetego Bartłomieja, a do Wołomina wybiorę się na Matki Boskiej Siewnej. Na dwa tygodnie wróciłem więc do sztetla, a po zakończeniu drugiego szabatu wybrałem się do chałupki na wsi.
Słońce było jeszcze na półtora chłopa, dlatego schwyciłem kubełek i podreptałem w las. Zamierzałem wykonać jak zwykle rundkę wokół Góry Zając, zebrać trochę kurek i zajrzeć na swoją działkę. Po dwóch nocnych burzach i ulewach liczyłem, że coś tam wyrosło. I się nie pomyliłem. Pieprzników było sporo, choć takich już trochę podeschniętych.
Nieopodal miejsca, gdzie wyciąłem garść kurek, w promieniach zachodzącego słońca wygrzewał się beztrosko, zwinięty w kłąb, zaskroniec.
Był niezwykle ciemny, w ogóle nie oliwkowej barwy i gdyby nie te jego charakterystyczne żółte zausznice, to łatwo pomyliłbym go ze żmiją zygzakowatą. Trzydzieści kroków dalej dostrzegłem świetnie zakamuflowaną żabę.
Bardzo możliwe, że jeszcze w tym miesiącu zostanie połknięta przez zaskrońca.
Obchód działki zacząłem od strony północnej. Tuż przy granicy zauważyłem świeży ślad po złodzieju, który połakomił się tym razem na suchego, żywicznego chojaka. Sosna wprawdzie uschła parę lat temu, ale sobie stała i mogła jeszcze, kurwa, postać, bo leżącego drewna wala się do chuja i ciut-ciut. Obok pieńka leżała odcięta rozkraka, jakby pizdą do góry,
a to oznaczało, że ten pierdolony złodziej jeszcze się tu zjawi. Ale, czy warto czekać na chuja?
Złodziejem jest przecież mój weekendowy sąsiad, który kradnie drewno z cudzych lasów tak samo, jak jego dziadek Antek, ksywa Gunyś. Zięć Gunysiów też kiedyś próbował zajebać mi okazałą brzozę, którą wiatr wyrwał z korzeniami. Tłumaczył się wtedy, że nie znał granic mojej działki i że teściowa mówiła mu, że to niczyje. Dlatego jego synkowi, po pierwszym incydencie, wskazałem granice moich działek. Ale niewiele to dało. Penetruje moje działki regularnie. Na bezczelnego. Takie to już złodziejskie nasienie.
Spokojnie kontynuowałem przechadzkę po lesie, dopóki mój kubełek się nie zapełnił. Znalazłem poza tym dwie gołąbki, jednego kozaka, kilka kołpaczków i natrafiłem na szmaciaka, którego tylko sfotografowałem.
Kiedy wybiła siedemnasta, usłyszałem warkot quada, którym ten złodziej jeździ na szaber. Skierowałem się z powrotem w stronę mojej działki, ale po odgłosach domyśliłem się, że pojechał nieco dalej, niż leżąca rozkraka. Postanowiłem na niego zaczekać. Wkrótce zawyła piła spalinowa i stało się jasne, że Włodek rozpracowuje jakaś okazałą sztukę. Zajęło mu to ponad kwadrans. Szybko zapakował na przytroczoną do quada dwukółkę pierwszą partię drewna i pognał
wprost do swej chałupy-meliny na skraju wsi, gdzie czekała na niego mama.
Stało się dla mnie oczywiste, że po rozkrakę skręci dopiero przy którymś z następnych kursów. Nie było więc sensu dłużej czekać. Wróciłem do chałupki i przy chłodnym piwku zająłem się czyszczeniem grzybków. 
Złodziej Włodek wieczorną sesję zamknął grubo po dziewiętnastej . Resztkę mojej sosny zabrał dopiero za czwartym razem. Po drodze zgubił jednak jednego klocka i kilka sęków,
bo jego złodziejskie ścieżki są nieco wyboiste.
W trosce o swoje oczęta, Włodek regularnie przycina wszystkie krzewy i gałązki wzdłuż jego złodziejskich traktów.
A trocinami wysypuje sobie błotnisty dojazd do chałupy.
Skradzione drewno dosycha sobie pod ścianą byłej obórki
i znika na koniec sezonu wakacyjnego. Quada swojego, po weekendzie odstawia na przechowanie, w obawie przed kolegami po fachu, do stodoły mojego drugiego uroczego sąsiada.
W centralnej części mojej wsi, pomiędzy opłotkami, na użytkach leśnych i zadrzewionych, od trzech lat bodajże, grasuje drugi złodziej. A za miesiąc pojawi się zapewne cała masa rabusiów, gdyż rozpocznie się sezon na gałązki jedliny. A jeśli rzeczywiście zrobi się zimno w dupę pisiorom i ludowcom, to złodzieje opierdolą nasze lasy do reszty.