Mnie też się wydaje, że epidemia wirusa z Wuhanu jest darem niebios dla aktualnie rządzących państwami i imperiami. Rządzenie za pomocą strachu jest wyjątkowo łatwe i bezstresowe, kiedy władcy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje nawet najdurniejsze decyzje.
Historia ukochanego kraju uczy, że nikomu włos z głowy nie spadł za narodową tragedię w latach 1939 -45, za władzę ludową, za stan wojenny 1981-83, za rzekomą transformację, za wchodzenie na kolanach do Europy, za katastrofę smoleńską. Zapowiada się, że bezkarni pozostaną także ci, którzy całą uwagę i nadzieję tego narodu skupili na masowych szczepieniach antycovidowych. Straszenie wzrostem liczby zakażeń i zgonów w celu wymuszenia zgody na podejrzaną szprycę jest działaniem zastępczym: nie eliminuje problemu samego wirusa, nie podnosi dobrobytu nacji, nie przyczynia się do poprawy relacji społecznych itd.
Nie mam pojęcia, na kiedy dyktatura konowałów wyznaczy mi termin wakcynacji, więc samodzielnie zgłębiam naturę Covid-19, jego sposoby transmisji, zasięg terytorialny, śmiertelność w miejscach mojego obecnego i planowanego przebywania itp. Przekonałem się już, że nie dam rady przetrwać epidemii zachowując się biernie, żyjąc w warunkach całkowitej samoizolacji, w mojej leśnej kryjówce. Władzy, jak sądzę po jej rozporządzeniach, bardzo zależy na wydłużeniu procesu wychodzenia z pandemii. Choć minął rok, to wirus ciągle jest zagadką. Zakażenizwykle mówią jak cierpieli, jak ich ratowano i apelują o noszenie maseczek i szczepienie się. Ale jakoś nie słychać od nich, że zarazili się, bo np.: musieli wziąć udział w jakimś „ważnym” spotkaniu, naradzie z udziałem kogoś ważnego, bardzo ważnej imprezie rocznicowej, patriotycznej lub rodzinnej itp. Nikt nie przyznaje się, że skrócił dystans, że zaniedbał jakąś czynność higieniczną, że za bardzo zaufał swojemu partnerowi, spowiednikowi, lekarzowi, sprzedawcy i in.
Dlatego od kilku miesięcy /czyli od czasu, kiedy wirus się faktycznie upowszchnił/, szukam odpowiedzi na pytanie, czy zakażenie się nim jest nieuchronne. Postępując zgodnie z zasadami, zaliczyłem wizyty w kilku miejscach, uznawanych za najbardziej sprzyjające zakażeniom. Byłem w paru supermarketach /Makro, Ikea/, podróżowałem pociągami Intercity oraz Kolei Mazowieckich, zaliczyłem kilka kursów Bus-Expressem, stawiłem się na trzech rozprawach w dwóch sądach, odbierałem listy polecone z paru urzędów pocztowych, spotykałem się ze znajomymi w gronie 3-5 osób , witałem się uściskiem dłoni z kolegami i sąsiadami. I wreszcie, jak już to opisałem, byłem przez prawie dwie godziny na poczekalni SOR-u przy Szpitalu niedaleko misiów. Objawów wirusa u siebie nie dostrzegłem .
Przedwczoraj zmierzyłem się z kolejnym wyzwaniem – ponownie wszedłem do tegoż Szpitala, tym razem do przychodni od ulicy Jasińskiego. Towarzyszyłem seniorce podczas wizyty kontrolnej. Zaraz po wejściu sympatyczny żołnierz OTK przystawił mi do skroni termometr, który wyświetlił 36,4 stopnie C. Byłem pewien, że mam więcej tych stopni, bo bardzo przeżywałem pierwsze w życiu parkowanie równoległe „na kopertę”.
A po półtrzecia godziny spędzonych pod gabinetem Pana Doktora, poczułem pot na plecach.
Ostatniej doby zaś, doszło następne doświadczenie, czyli kontakt /z zachowaniem rzecz jasna dystansu poltorametrowego/ z osobą ewidentnie zakatarzoną i kaszlącą. Jeśli i teraz nie poczuję się gorzej i sam nie zacznę kasłać, to prawdopodobnie wakcyna-torowi wręczę jakiś upominek za odstąpienie od czynności.