Refleksje Bronki nt. niemieckiej okupacji

   Dzień po Trzech Królach zjawił się u mnie kolega z liceum z flaszeczką wódki, czystej i mocnej jak wiara katolicka w Zagłębiu Pisowskim. Po kilku kieliszkach dyskusja zwekslowała nam na tematy wojenne i okupacyjne, ze szczególnym uwzględnieniem coraz większej potęgi formacji zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego w dorzeczu Radomki i Drzewiczki. I kiedy tak sobie od kompanii oddziału wydzielonego doszliśmy do połączonych batalionów i pułków, to kolega przypomniał mi słowa mojej babci  sprzed trzydziestu lat, że za Niemca nic nadzwyczajnego w jej życiu się nie wydarzyło.

  Babcia Bronka o latach 1939 – 1945 wypowiadała się stosunkowo rzadko.   Opowiadała bardzo lakonicznie jedynie o kilku epizodach z tamtego okresu.

Zapamiętała początek wojny.  Huk armat dobiegał od strony Końskich i Gowarczowa. Zawinęła w chustę czteroletnią córkę i z takim tobołkiem na plecach pobiegła do Borkowic, do kościoła. Zrobiła to samo, co jej rodzice w roku 1915. W Borkowicach koczowała kilka dni i wróciła do swego domu, którego pilnował mąż. Od niego dowiedziała się o polskich żołnierzach, uciekających przez naszą działkę w stronę Bolęcina i o niemieckich kulach armatnich, świszczących i rozrywających się 50 metrów od chałupy.

Wiedziała, że Niemcy zabrali i zabili gajowego zza mostu, który wcześniej udawał chojraka, mówiąc, że się wojny nie boi, byle by tylko miał zapas kiełbasy. Wiedziała też, że tego gajowego przezywali „Zupok”, choć pewnie myślała, że to z powodu upodobań kulinarnych.

Czasami opowiadała o ciężkich warunkach życia, o biedzie, o marnym jedzeniu, o kwaterce mleka dla małej córki.  Mówiła o mężu, który wykopywał pieńki z karczowiska i potem sprzedawał tzw. wiązki. Wielokrotnie słyszałem od niej o kradzieży ziemniaków z kopca w czasie tęgich mrozów i podejrzewaniu o tę kradzież sąsiadów.

Kilkakrotnie przypominała zdarzenie z 1942 lub 1943 roku, kiedy żandarm niemiecki, szukający czegoś we wsi w towarzystwie sołtysa, o mało co nie strzelił do jej kilkuletniej córki, przypuszczając, że w krzakach czai się „bandyta”.

Nigdy z ust babci nie usłyszałem o okolicznościach powrotu do domu jej syna Stanisława /od sierpnia 1939 do czerwca 1941 wujek przebywał w Brześciu nad Bugiem pod okupacją sowiecką/. Problemy psychiczne Stacha wiązała z tym, że był zmuszony przeprowadzać przez las, w kierunku Bryzgowa, jakiś oddział partyzantów (w 1943), a potem Kałmuków (w 1944 roku) oraz z zakwaterowaniem w chałupie dwóch matek z dziećmi, wypędzonych z Warszawy  jesienią 1944 r.

Ostatnim epizodem, o którym wspominała babcia, było przejście frontu w walkach sowiecko-niemieckich w styczniu 1945 roku. Kiedy rozgorzała bitwa w Ruskim Brodzie, tym razem cała rodzina opuściła chałupę i  ponownie znalazła schronienie w Borkowicach. Przepadły jedynie schowane w kuchni obrączki ślubne i jakaś forsa.  Przez kilka dni w stodole nocowali żołnierze Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

Tyle o czasach wojny i okupacji niemieckiej usłyszałem od mojej babci. To nie znaczy, że w mojej chałupie nie mówiono o innych wydarzeniach z tamtego okresu. Swoimi przeżyciami z Brześcia, Syberii i Kazachstanu dzieliły się dwie młodsze siostry babci. Jedna ze starszych sióstr i jej synowie wspominali przymusowe opuszczenie Ciechanowa w końcu 1939 roku. O pobycie w Brześciu opowiadał co nieco wuj Stach.

A dlaczego babcia i pozostali ani słowem nie zająknęli się o  Polskim Państwie Podziemnym?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *