Robotnik sierpnia 1980

Władza naszego ukochanego kraju na czele z samym prezydentem czci dziś pamięć o robotnikach sierpnia 1980 roku. Dekorowane są orderami zasłużone klapy marynarek i żakietów, a sławny płot stoczniowy przyozdobiły wiązanki kwiatów. Tylko współcześni robotnicy jakby się gdzieś pochowali, a może jeszcze nie wrócili z Malediwów lub Zanzibarów.

Przez chwilę zastanawiałem się, co to takiego ci robotnicy sierpnia osiemdziesiąt.  I szybko doszedłem do wniosku, że to określenie pasuje do mnie jak ulał. Tak się, bowiem, złożyło, że byłem oficjalnie zatrudnionym robotnikiem tylko i wyłącznie w owym pamiętnym sierpniu 80.   Wcześniej pracowałem na umowę czasową jako referent, czyli pracownik umysłowy, a od 2001 roku mam status rolnika. Krótko mówiąc, robotnicy sierpnia 80 to raczej rzadki gatunek ptaków niebieskich.

O mojej przynależności do robotników „sierpnia’80” zadecydowało wezwanie do odbycia studenckich praktyk robotniczych. Wśród moich kumpli ze wsi nie było wtedy studentów, więc nikt mnie nie uprzedził o takich praktykach komunistycznych uczelni wyższych. Wezwanie na roboty do Warszawy bardzo skomplikowało mi harmonogram zajęć wakacyjnych.

Składając papiery na uczelnię /na początku czerwca/ i mając zagwarantowane miejsce na studiach, równocześnie zatrudniłem się jako referent w ośrodku wypoczynkowym na Toporni. Z kierownikiem Marianem Ślufarskim uzgodniłem też, że nadrobię kilka ostatnich sierpniowych dni, bo z siatkarzami „Oskara” wyjeżdżamy do Wanzleben neben Magdeburg, w bratniej NRD.

Bardzo zależało mi na tym wyjeździe do NRD, bo chciałem stamtąd wysłać list do pana Bruno Rönscha z Bielefeld, z informacją, że zdałem maturę i posiadam status studenta, a zatem nie będzie problemów, żebym w niedługim czasie wybrał się do Enerfiu i popracował w Bielefelder Heimschutz. Chciałem mu też podziękować za to, że bardzo dobrze naświetlił mi kryzysową sytuację mojej ludowej ojczyzny i duże prawdopodobieństwo rozpierduchy w społeczeństwie i narodzie. Listy do pana Bruna, com próbował wysyłać kilkakrotnie z Przysuchy, trafiały do pana sierżanta SB Henryka Łochowskiego.

Konieczność wyjazdu do Warszawy zmusiła mnie do zawarcia nowej, nieformalnej umowy z kierownictwem Toporni (obiecałem pomóc we wrześniu przy pracach konserwatorskich), ale dzięki temu nie straciłem poborów za sierpień). Szalony sezon nad zalewem, pełen uciech alkoholowych i erotycznych,  sukcesów sportowych – w kajakarstwie i tenisie stołowym, tańców dyskotekowych na Toporni i koło Sulejowa, musiałem zakończyć.

Na okres praktyk zostałem zakwaterowany w akademiku na Żwirkach wraz z przysuskim kolegą Andrzejem oraz Mirkiem z Częstochowy. Oni trafili na jakąś budowę do kopania dołków, a ja do Polleny-Urody przy Szwedzkiej na Pradze. Pokój w akademiku był zapluskwiony i zatarakaniony, a te pluskwy zaczęły mnie gryźć już pierwszej nocy, którą uczciliśmy jakimś słodkim winem bułgarskim.

W mocno sfeminizowanej fabryce kosmetyków trafiłem na wydział wód i perfum i zająłem stanowisko przy taśmie, gdzie rozlewano do buteleczek i pakowano wody po goleniu „Wars”, wodę perfumowaną „Pani Walewska” oraz perfumy „Być może”. Kilka metrów od mojego stołka był oszklony kantor, w którym na fotelach rozkładały dupy nadzorczynie.  Z głośników leciała muzyka i audycje, zapodawane przez brodatego szefa zakładowego radiowęzła.

Do fabryki wchodziło się i wychodziło przez mocno strzeżoną portiernię. Za identyfikator służyła plakietka i karta zegarowa. Z każdego spóźnienia trzeba się było tłumaczyć, a każde wyjście z fabryki wiązało się z rewidowaniem toreb i obszukiwaniem kieszeni przez wartowników. Mimo to, wszyscy wynosiliśmy po parę sztuk tych smrodków, bo na tym polegał komunizm.

W połowie sierpnia w fabryce zaczęły się poszeptywania o tym, co dzieje się na mieście. Protesty kierowców autobusów i motorniczych tramwajów widział i odczuwał każdy. Stołówka i bufet w fabryce schodziły na psy. Rozprowadzaniem mięsa i wędlin wśród robotnic zajęły się nadzorczynie z kantorka (na koniec zmiany dziewczyny odbierały siatki z przydziałową kiełbasą i rąbanką).  To był najprostszy sposób na zapobieżenie protestom, ale bardzo skuteczny.

Robota przy taśmie była niezwykle wyczerpująca, a do tego każdy z nas był przesiąknięty tymi okropnymi zapachami. Dojazd do pracy zajmował prawie godzinę, w tłoku i na stojąco. Brakowało snu.

Ze względu na wyjazd do NRD musiałem dogadać się z kierowniczką w sprawie wcześniejszego zakończenia praktyki i zaproponowałem, że odpracuję pięć dni, robiąc po dwie zmiany. Było to ponad ludzkie siły, ale dałem radę. 24 sierpnia byłem już wolny.

Do Wanzleben wyjechaliśmy 26 sierpnia. Autosan był zapełniony w połowie przez siatkarzy i w połowie przez rodziny działaczy. Miałem 200 wschodnich marek i dwie rzeczy do kupienia: znaczek na list oraz rajstopy – kabaretki. Załatwiłem to w Magdeburgu. Szukałem także butów Salamander, ale mi się nie udało. Dlatego najwięcej wydałem na wódkę. W rezultacie, z czterech dni pobytu jako tako zapamiętałem tylko dwa: kiedy rozgrywaliśmy mecz rewanżowy i ten na zakupach w Magdeburgu.

Zachowałem w pamięci kilka obrazków  z enerdowskiej telewizji: pola pszenicy koszone przez eskadry kombajnów, port w Rostocku i czołgi sowieckie i niemieckie na manewrach. Co to za wiadomości bez Gierka?

W drodze powrotnej, 31 sierpnia 1980, jakoś po południu, kiedy już byliśmy po polskiej stronie, kierowca autokaru włączył głośniej radio. Jakąś dziwaczną polszczyzną ktoś stwierdzał, że zawarto jakieś porozumienie i że od jutra wszyscy wracamy do pracy. Nie bardzo mnie to obchodziło, bo właśnie kończyły się moje studenckie praktyki robotnicze oraz umowa o pracę na stanowisku referenta w OWŚ Topornia. Ja byłem wszak robotnikiem jedynie sierpnia’80.

A we wrześniu 1980 zarobiłem na czarno aż 5000 złotych /w październiku zaś otrzymałem pierwsze stypendium w kwocie 1400 ówczesnych złotych/.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *