Rodzinne remanenty cz. 1

Mija 75 rocznica akcji „Wisła”.  Pomimo upływu tylu lat, zbrodnia dokonana przez „ludowe” Wojsko Polskie na Ukraińcach – obywatelach Polski nadal nie została osądzona. Krzywdy zadane prawie 150 tysiącom ludzi ponownie zeszły na dalszy plan, tym razem z powodu wojny rosyjsko-ukraińskiej.

Pamięć o przymusowym wysiedleniu Ukraińców wciąż trwa. Pamiętają przede wszystkim sami skrzywdzeni – staruszkowie 80+.  Nie zapominają ich następcy, a także ich bliscy: przyjaciele, znajomi, sąsiedzi.

Świętej pamięci Pan Piotr – zmarły pół roku temu Tata mojego przyjaciela i kuma – nigdy nie pogodził się z tym, że państwo polskie wysiedliło go z rodzinnych Połosek na Mazury. W czasie wysiedlenia (14 lipca 1947) miał szesnaście lat, więc na południowym Podlasiu została cała jego młodość.  Ileż razy potem Pan Piotr zadawał sobie i innym pytanie: za co?

Śp. Pan Piotr zapytał mnie ” za co?” w 1981 roku. Takie samo pytanie usłyszałem wtedy także od jego teścia śp. Aleksandra.  A ja nie znałem odpowiedzi. Nie miałem pojęcia o akcji „W”.

Temat akcji „W” pojawił się u mnie latem 1983 roku. Niespodziewanie. Na pierwszym spotkaniu ze stryjem Aleksandrem Zdzisławem, którego zastałem na gospodarstwie po moim świeżo zmarłym tatusiu.

Stryj przedstawił mi się jako spadkobierca testamentowy po moim tatusiu oraz inwalida wojskowy i weteran akcji „Wisła”. Inwalidztwo, jak zapewnił, było następstwem upadku z trzepaka  podczas ćwiczeń gimnastycznych w jednostce wojskowej bodajże w 1950 roku. Nie miało zatem związku z jego udziałem w akcji wysiedleńczej.

Natomiast osobisty udział stryjka Aleksandra Zdzisława w akcji polegał na służbie w kompanii kwatermistrzowskiej jakiegoś pułku LWP stacjonującego pod Krosnem. W prowizorycznej zagrodzie, kompania stryjka trzymała konie, krowy i świnie zabrane z ukraińskich gospodarstw przez żołnierzy. Część tego inwentarza odsyłano pociągami do centralnej Polski, a część wykorzystywano do żywienia wojska. Stryjkowi bardzo podobała się ta fucha, bo dzięki niej związał się z Aleksandrą – wdową po jakimś oficerze, która pracowała w kasynie oficerskim. I tak, zarekwirowana u Ukraińców trzoda stawała się zakąską dla trepów, a stryjek nawiązywał znajomosci wśród oficerów.

Odbieranie majątku Ukraińcom nie obciążało nadmiernie sumienia stryjka Aleksandra Zdzisława. Zresztą, mógł się w każdej chwili wyspowiadać, bo wtenczas kapelani wojskowi byli jeszcze na etatach. Wybrał karierę w wojsku i do chwili tego nieszczęśliwego upadku, dosłużył się bodajże stopnia plutonowego, a może nawet młodszego sierżanta. Umiał bowiem sprawnie rachować  ( zasługa M. Christianiego – o którym napiszę wiecej przy innej okazji) i miał smykałkę do interesów. Poślubił Aleksandrę i zamieszkał w Bielsku-Białej, w mieszkaniu wykrojonym w poniemieckiej willi.

Stryjkowi przypadła do gustu odrobina luksusu, wynikająca ze statusu inwalidy wojskowego i weterana akcji „W”. Chwalił się dojściami do lokalnych dowódców garnizonów oraz do sekretariatu Kiszczaka. Resort dawał mu talony na samochody, najprzód na P-70, potem na Skodę octavię.  Dostawał przyzwoitą rentę, ale jeszcze dorabiał sobie na maszynie dziewiarskiej oraz na wyjazdach handlowych do Budapesztu.

W 1983 roku stryjek Aleksander Zdzisław zadbał o to, żeby pozbawić mnie spadku po tatusiu. Kiedy ja ścigałem sobie po Moskwie lenina, stryjek podsunął umierającemu braciszkowi testament do podpisu, zapisał się na kurs rolny i przewiózł brata do kliniki MSW w Katowicach, licząc na to, że tam przedłużą życie mojego tatusia chociaż o parę tygodni (niezbędnych do zaliczenia kursu rolnego przez stryjka – bez tego nie mógł dziedziczyć gospodarstwa rolnego).

Od śmierci tatusia do mego powrotu z Moskwy upłynęły prawie trzy miesiące. W tym czasie stryjek Aleksander Zdzisław spieniężył wszystko, co tylko się dało z gospodarstwa po swym braciszku i matuli. W lipcu 83 na gospodarstwie pozostała jedna krowina, pięć kur i kundel Nerek.  Zostałem przez tego skurwysyna ograbiony tak samo, jak Ukraińcy w 1947 roku.

Od prawie czterdziestu lat ja także zadaję sobie i innym pytanie: „za co?”. I niewiele tu zmienił fakt, że po długiej walce sądowej odzyskałem cześć spadku po tatusiu. A do tego staram się jak tylko mogę, żeby ta scheda zdziczała tak samo, jak gospodarstwa po wysiedlonych Ukraińcach.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *