Tatuś. O wczorajszym (a teraz już przedwczorajszym) dniu ojca dowiedziałem się z gazetki biedronki. Miałem też okazję wcielić się na kilka godzin w rolę tatusia zastępczego, co mi zostało wynagrodzone butelką „Chlibnoho Daru” o pojemności 1,75 litra.
Na wdzięczność ze strony jedynospłodzonego nie udało mi się zasłużyć.
W dorosłe życie wkraczałem w przekonaniu, że obecność ojca nie jest konieczna do życia. Miałem też świadomość, że sam też nigdy nie będę typowym ojcem, gdyby przyszło co do czego. A kiedy to nastąpiło, nie dałem się sprowadzić do roli wymarzonego taty, a raczej się z tej roli całkiem wymiksowałem. No bo jednak ta przeszłość jakoś tam zaciążyła…
Z moim tatusiem, bowiem, tylko się spotykałem.
Pierwszego spotkania ze mną, jako trzymiesięcznym niemowlęciem, tatuś uniknął, wyjeżdżając pewnie gdzieś daleko w pole, pod Jabłonicę. Na gumnie była jedynie babcia Marianna, ale mało zainteresowana jakimś cudzym bachorem. Kuzynce Jagiełowej zwierzyła się ponoć potem, że to nie byli żadni goście, tylko zwykłe baby, co przyszły za pierzami.
Tatuś Bogumił Emiljusz zjawił się u mnie z rewizytą pod koniec adwentu. Przyniósł flaszkę wódki i chciał, żebym poznał jej smak w siódmym miesiącu życia. Podobno odmówiłem i sturlałem się za kozetkę. Tylko twarz mi przy tym zsiniała, jak u notorycznego pijaka. Po tej wizycie tatusia, mama postanowiła formalnie zakończyć związek małżeński i nie dopuszczać więcej takich widzeń. Sposób na to był tylko jeden, ucieczka ze mną do kogoś na wsi. Zapamiętałem jedną z ucieczek, bodajże w końcu 1964 roku, gdy schroniliśmy się przed tatusiem w izbie, gdzie pod sufitem dyndała kołyska i co jakiś czas darły się bliźniaczki.
Sąd Rejonowy w Opocznie, w 1964 roku, wrypał tatusiowi Bogusiowi alimenty w kwocie 300 złotych miesięcznie, ale jednocześnie, nie pozbawił go prawa do widzeń i wpływu na moje wychowanie. Tatuś więc, nie naruszając prawa, nadal zajeżdżał do nas raz w roku, w wigilię Bożego Narodzenia. Zajeżdżał swoją furmanką, w towarzystwie kuzyna Madeja, z dwoma promilami we krwi i kilkoma jabcokami skitranymi w dechach /raz zajechał w drabinach i nie za bardzo mógł wywekslować na naszym podwórku/. Dawał mi w prezencie torbę cukierków choinkowych, kupionych w borkowickim sklepie GS i oczekiwał ode mnie serdecznych podziękowań i buziaków. Zadawał też takie okrutne pytanie: czy kochasz tatusia? Potem nadchodziła cześć oficjalna wizyty, czyli przekazanie 1000 albo 1500 złotych tytułem alimentów za cały rok. Ja kwitowałem otrzymanie tej kwoty, a tatuś znów domagał się oświadczenia o miłości i buziaka w zapijaczony, nieogolony ryj. To było dla mnie traumatyczne przeżycie, gdyż tatuś, to kurwa, nie był ładny ani miły. Nie mam żadnego zdjęcia tatusia, więc posłużę się opisem.
Boguś urodził się 19 maja 1928 roku w mojej wsi, w rodzinie gajowego Jana i Marianny. Był jako drugi z rodzeństwa – po Aleksandrze Zdzisławie, a przed Mieczysławą. O ile starszy brat wyglądał jak cie mogę, to Boguś pewnie przejął urodę po swoim ojcu Janie /rozstrzelanym przez Niemców 2 lipca 1940 roku/. Tatuś był dosyć byczasty i tak jak byk patrzył spode łba. Prawa brew wyginała mu się w krokiewkę do góry, a wysokie czoło mocno marszczyło. Twarz miał piegowatą, górną wargę jakby napuchniętą i odstającą, nos cały przeorany z widoczną blizną, włosięta marne rudawe. Do tego jeszcze mańkut.
Tatuś był strażakiem ochotnikiem w swojej wsi. Był silny i jednocześnie agresywny. Typ bramkarza na zabawie w remizie. Potrafił orać do późnej nocy pola swoje lub kuzynek bardzo licznych wokół. Stroił się od parady w długi czarny skórzany płaszcz – może po jakimś gestapowcu, enkawedyście lub ubeku. W chałupie miał trzy książki (których siostra Miecia nie zwróciła do biblioteki)
i telewizor czarno-biały , sprezentowany przez braciszka Zdzisława.
Kiedy kończyłem podstawówkę, tatuś się na mnie obraził i przestał mnie odwiedzać. Chciał wtedy koniecznie, żebym też ja go odwiedził, a zwłaszcza, żebym zobaczył babcię Mariannę. Ale ja nie miałem najmniejszego zamiaru, bo znałem z opowieści mojej mamy, jaka podła jędza i sekutnica była ta babcia. Cioci Mieci również nie chciałem oglądać, bo podobno mocno ześwirowała pracując w Łodzi jako nauczycielka. A zmusić mnie tatuś nie mógł, bo byłem już od niego wyższy i miałem w bicepsie 36 cm.
W krótkim czasie dobry Bóg wezwał do siebie ciocię (1976) oraz babcię (1978). W chałupie został samotny tatuś – rolnik. Pieniędzy od tatusia nie potrzebowałem, bo w wakacje pracowałem jako referent wypożyczalni sprzętu pływającego, więc na wódkę i zagrychę mi wystarczało /do setki wódki trzeba było obowiązkowo zamawiać pierogi albo śledzika/.
W wakacje 1981 roku obijałem się po knajpkach przysuskich z ciocią Lodzią ( siostrą Bronki). To właśnie ona namówiła mnie do odwiedzin tatusia. Zakupiliśmy kilka jaboli i pojechaliśmy autobusem. Boguś był zaskoczony, ale szczęśliwy i zadowolony. Rozpiliśmy szybko moje jabcoki, a wtedy pojawił się sąsiad, który zorganizował parę butelek porzeczkowego domowej roboty. Boguś był przekonany, że przyjechałem po należne alimenty, ale to ja dałem mu stówkę na kolejne wino. Zaproponował mi wtedy, żebym w następne wakacje zajął się sadem i sprzedażą jabłek. Ja obiecałem przyjechać.
I faktycznie, we wrześniu 1982, po powrocie znad Buga, gdzie poznawałem folklor Ukraińców z Podlasia, zacząłem zbierać jabłka w sadzie u tatusia. W przerwach wypijaliśmy kolejne bełty, tatuś wypalał mi papierosy, odwiedzaliśmy kuzynów i chodziliśmy po wodę dla krówek i kobyły Baśki do wiejskiej studni, bo w tatusiowej zbierało się tylko trochę na dnie. Jabłek uzbierałem cały wóz, przeszło 900 kilo i z tatusiem odwieźliśmy je na skup do Skrzynna, popijając po drodze bełty. Owoc był kurewsko tani z powodu klęski urodzaju i nie chcieli go od nas kupić, bo tatuś nie zawarł umowy kontraktacji z przysuskim Hortexem. Pomógł mi wówczas mój były profesor od wuefu, który akurat odstawiał swoje zakontraktowane spady.
Po raz ostatni spotkałem się z tatusiem w styczniu 1983 roku, na tydzień przed wyjazdem do Moskwy. Wypiliśmy ze trzy alpagi i ruszyliśmy na tour po kuzynkach we wsi. Jedna wdowa mieszkała z siedemnastoletnią i jak mi się wtedy wydawało, całkiem atrakcyjną córką. Tatuś pragnął, żeby między nami zaiskrzyło, więc odprawił nas na spacer po wsi, a sam pozostał z tą starszą. Ja nic nie zdziałałem, a do tego jeszcze przegapiłem powrotny autobus. Tatuś zaprowadził mnie na nocleg do jakiejś kolejnej ciotki, gdyż w jego barłogu nie było żadnej możliwości przekimania się. Następnego dnia pożegnaliśmy się, jak się okazało, po raz ostatni.
Trzy tygodnie później Boguś trafił do przysuskiego szpitala. W marcu, w obecności notariusza podpisał się pod testamentem, którego treść zredagował mecenas stryjka Zdzisława. Na mój temat w tym testamencie nie było nawet drobnej wzmianki. Zaraz potem, stryjek Zdzisław przetransportował swego braciszka Bodzia do katowickiej kliniki MSW, gdzie tenże zmarł 5 kwietnia 1983 roku.
O śmierci tatusia dowiedziałem się w dniu powrotu z Moskwy, a to było pierwszego lub drugiego lipca 1983. A później stało się wszystko tak, jak w wierszyku, który usłyszałem od księdza Zygmunta:
„Ojciec umarł, a syn zostoł,
od starego chuja dostoł”
Chociaż nie, ponieważ w 2001 roku wszcząłem postępowanie spadkowe, a po dwóch latach Sąd Rejonowy w Przysusze stwierdził, że na podstawie ustawy odziedziczyłem po tatusiu oraz po babci Mariannie gospodarstwo rolne.
Bodajże w 2004 złożyłem wniosek o dopłaty unijne i przelano na moje konto ok. 1200 złotych. Dalej były już tylko same wydatki: na podatek rolny, na KRUS, na abonament za licznik prądu elektrycznego.