Rolnik sam w dolinie

Ta dolina to oczywiście przełom Radomki w jej górnym biegu, która to rzeka niemalże zatacza krąg wokół Zapniowa, żeby gdzieś tam za Młynami i Lusztykiem skierować się na wschód, ku Wiśle.  A rolnik – to jedyny spadkobierca gospodarstw i nieruchomości po dziadku Ludwiku, prababce Józefie, babci Bronce, wujku Stachu, babce Mariannie i tatusiu.  Nazbierało mu się tego ponad 12 hektarów, nie biorąc pod uwagę działek stanowiących współwłasność. Numerów ewidencyjnych zebrałoby się ponad dwadzieścia. Dwie trzecie gruntów zachowały dotychczas charakter rolny, choć zapewne niezbyt nadający się do orki, a jedna trzecia to grunty leśne, w tym starodrzewy i uroczyska.

Screenshot

Rolnik kilka miesięcy po poczęciu został odseparowany dokumentnie od swego tatusia, który orał ziemię od świtu do nocy i w noce księżycowe takoż. Kobyłę tatusiową dane mu było oglądać kilka razy, gdy dowoziła swego pana obciążonego alimentami i kilkoma butelkami jabcoka. Raz jedyny, a było to w 1982 roku, kobyła Baśka pomogła rolnikowi dowieźć furę jabłek do punktu skupu w Skrzynnie. Kobyła w spadku się rolnikowi nie dostała, ani żadna inna tatusiowa zwierzyna hodowlana oraz kundel Nerek (przechrzczony przez stryjka na Nerona P.

Rolnik brał przykład głównie z babci Bronki i wuja Stacha. Bronka była niezrównanym praktykiem w dziedzinie rolnictwa a wuj Stach sławnym teoretykiem i eksperymentatorem. Rolnik ledwo zaczął chodzić to już dreptał za babcią Bronką, która raz szła z wiadrem, aby napoić krowę i jałówkę, a za następnym razem brała wiaderko, żeby krowę wydoić.     Rolnik pamięta z dzieciństwa jak z Bronką, Stachem i sąsiadem Leonem jeździli po siano na Lisie Jamy pod Kacprowem. Jazda wozem drabiniastym załadowanym sianem po wyboistej drodze do dziś przypomina się rolnikowi.
Z czasem obowiązków w gospodarstwie przybywało rolnikowi. Czerwona krówka miała ze 300 kilo, a rolnik dziesięć razy mniej i czasem musiał brać się z nią za rogi, a jak nie z nią to z baranem sąsiada, który pasł się za placówką.

Gospodarstwo babci Bronki nie było w ogóle zmechanizowane, a ręcznych narzędzi też nie było pod dostatkiem, jakieś tam dwie siekiery, piła do drewna, kosa, sierp, cepy, widły, łopata , motyka, gable, młotek, obcęgi, wózek o jednym kółku. Wszystko strzeżone i nie do zabawy.  Czasem dopuszczali do ubijania masła w drewnianej masielnicy albo do podtrzymywania piły. Stałym zajęciem młodego rolnika było bieganie do sklepu. A brał on także udział przy wykopkach ziemniaków, suszeniu siana, omłotach, zrywaniu podłogi w obórce, nakładaniu obornika na wóz i roztrząsaniu go na polu, przy pieleniu chwastów, zbieraniu stonki ziemniaczanej, zbieraniu kamieni za oraczem, przynoszenie podobiadku, zapałek, papierosów dla wynajętego kosiarza/żniwiarza.

Nastoletni rolnik, który dość wcześnie zaczął popijać i popalać, musiał też brać się za zajęcia dające zarobek. Żeby zarobić na paczkę „klubowych” trzeba było sporo się narąbać. Z synami-bliźniakami gajowego wycinał np. krzewy żarnowca. Zbieranie runa leśnego to była normalka, tak samo jak i zanoszenie jagód i jeżyn na skup.
W okresie licealnym rolnik pogłębiał wiedzę teoretyczną z dziedziny rolnictwa. Zaczytywał się w książkach i licznych czasopismach rolniczych i ogrodniczych kupowanych i prenumerowanych przez wuja Stacha.       Uczęszczał w okresie zimowym na zajęcia kursu dokształcającego dla rolników. Wspierał wuja Stacha w obowiązkach sołtysa. Zabrał się nawet z reprezentacją kółek rolniczych z gminy Przysucha na dożynki do Piotrkowa Trybunalskiego. A wszystko to odbywało się równolegle z licznymi pracami w domu i zagrodzie. Krówka się raz do roku cieliła, kury się niosły,  prosiaczek się tuczył, jagód i grzybów było w bród, a Polska rosła w siłę.

Siła Polski brała się wówczas z uczestnictwa w pakcie warszawskim i darmowego niemalże chłopskiego rekruta, utrzymywanego głównie z danin i podatków mieszkańców wsi i rolników. Służba w ludowym wojsku będącym sojusznikiem armii sowieckiej nie za bardzo uśmiechała się rolnikowi. Mieć przejebane dwa lata życia za sto parę złotych miesięcznego żołdu wcale go nie kusiło. Dlatego robił wiele, żeby dostać się na studia, bo to pozwalało uniknąć obowiązku odbywania zasadniczej służby wojskowej – poniżającej godność mężczyzny i odmóżdżającej. Starania uwieńczył sukcesem w postaci uzyskania indeksu na wydziale rusycystyki.
Sytuacja rolnika mocno się skomplikowała w czasie stanu wojennego ogłoszonego przez reżym Jaruzelskiego. Tatuś nieoczekiwanie zmarł, pozostawiając dziwny testament, a babcia Bronka zderzyła się z autobusem i wyszła z wypadku cudem, mocno pokiereszowana. Zamiast przepuszczać spadek po tatusiu hulając po Budapeszcie, rolnik zaczął się dorzucać na utrzymanie gospodarstwa ze swego stypendium i groszy zarobionych w spółdzielni studenckiej. Zamiast wyjazdu na wakacje nad Balaton właził na czubek wiśni lub jabłoni i zrywał do ostatniego owocu, a zyski oddawał stryjkowi z Bielska, który rzekomo chciał wybudować rodzinny grobowiec. W efekcie oba gospodarstwa zaczęły się chylić ku upadkowi a ukończenie studiów zaczęło się przeciągać w czasie.
W 1986 roku rolnik zrozumiał, że kooperacja ze stryjkiem jest gówno warta.  Zabrał się więc solidniej do nauki i powoli zaczął prostować zagmatwane sprawy własnościowe. Aż tu nagle nastąpiła transformacja systemu władzy w kraju i towarzyszący jej powszechny rabunek wszelkiego bezpańskiego mienia. Rolnik został zmuszony do obrony w sądach majątku rodzinnego, który stanowiła ziemia.  Procesy i sprawy spadkowe zajęły mu prawie dziesięć lat, w czasie których musiał być stałe do dyspozycji sądu.
Wreszcie już w nowym tysiącleciu sąd postanowił o przyznaniu rolnikowi spadkowego gospodarstwa rolnego po tatusiu oraz uniemożliwił grupie zachłannych osób podział działki siedliskowej, na której od 1935 roku stoi chałupa oraz budynki gospodarcze.  Wraz z formalnym odziedziczeniem gospodarstwa rolnego rolnik stanął przed koniecznością przystąpienia do KRUSu  i opłacania kwartalnych składek.
Osiągnięty wiek uniemożliwiał rolnikowi staranie się o dofinansowanie działalności z funduszu dla młodych farmerów a zaniedbania powstałe w gospodarstwie tatusia nie pozwalały ubiegać się o dotacje unijne. Nie mógł też liczyć na pomoc byłej żony, gdyż ona nie brała na serio jego propozycji hodowli dwóch sztuk krów mlecznych. Czynnikiem rujnującym gospodarstwo rolnika byli też sąsiedzi, którzy łakomili się na wszystko co można było ukraść i spieniężyć a potem przepić.  Stary sad z kosztelami i kronselkami dewastowano i okradano rolnikowi w biały dzień.  
Ale najtrudniejsze lata dopiero miały nadejść. Najpierw pojawiła się choroba u matki rolnika, a potem także u wuja Stacha. Nierówna walka z tymi chorobami trwała osiem długich lat. Rolnik wybrał ratowanie przodków, licząc na zrozumienie ze strony partnerki i następcy. Nie udało się ocalić niczego, nawet dwóch mądrych kotów pozarasowych.
Opadający z sił rolnik musiał się zmierzyć z obowiązkiem alimentacyjnym, wydatkami na podatek od spadków oraz kosztami utrzymania gospodarstwa aby nie wypaść z systemu ubezpieczeniowego dla rolników. Nawet nawrócenie się  i przeproszenie się z bóstwem w trzech osobach nie dawało gwarancji finansowych dotrwania do zasłużonej emerytury. Konieczne stało się maksymalne ograniczenie wydatków i życie z ołówkiem w ręku. Babci Bronce zawdzięczał rolnik tę sztukę.
Kwota netto składek na KRUS  (bez opłat za przelew bankowy lub pocztowy) doszła do 36 tys 766 złotych. A to przecież nie wszystko, bo trzeba doliczyć podatek rolny i leśny, ubezpieczenie OC rolnika, podatki od spadków, dojazdy, energię.
Czy emerytura rolnicza zwróci chociażby połowę tego? Bo jak długo jeszcze pożyje rolnik sam w tej dolinie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *