Służ księdzu wiernie…

Bronisława i Tomasz Barańscy byli uważani  przez dziesięciolecia za najbogatszych  mieszkańców coraz biedniejszej wsi Kuźnica. Całe życie poświęcili pracy i modlitwie. Ogromną cześć swego dorobku przekazali Kościołowi, oczekując w zamian jedynie skrócenia pobytu w czyśćcu oraz godnego upamiętnia ich wspólnego miejsca pochówku na cmentarzu parafialnym w Ruskim Brodzie. Dziś o ich istnieniu przypomina w zasadzie tylko inskrypcja na przydrożnej figurce, stojącej niemal vis à vis ocalałego fragmentu domu, w którym przeżyli wspólnie aż 65 lat.

Tomasz Barański urodził się w Kupimierzu 17 grudnia 1871 roku. Jego rodzicami byli Józef i Maria z domu Jarzęcka, utrzymujący się z rolnictwa. Rodzina Jarzęckich była jakoś tam powiązana z mieszkającymi w Kuźnicy Bocheńskimi i prawdopodobnie to sprawiło, że Tomasz poznał i zakochał się w młodziutkiej Broni Gołackiej.

Bronisława zaś, była córką Józefa Gołackiego i Franciszki z Wosińskich – fabrykantów z Kuźnicy. Urodziła się 12 lutego 1882 roku i była najmłodsza z sześciorga rodzeństwa (Józef – 1861, Marianna – 1864,  Andrzej – 1868, Stanisław – 1871,  Anna – 1873). Z całego tego rodzeństwa, tylko ona i Stanisław nie opuścili rodzinnej wsi.

Trudno dziś ustalić, kiedy i gdzie Tomasz po raz pierwszy zobaczył Bronkę. Może na jakimś odpuście w Gowarczowie?Jest raczej pewne, że zauroczył się nią w 1896 roku, kiedy przywiózł do Kuźnicy swą ciotkę na chrzciny u Bocheńskich. Bronisława była od niego o dziesięć lat młodsza, ale tej różnicy wieku nie było za bardzo widać, bo on był wtenczas młodzieńcem niewysokim, drobnej budowy ciała, a ona dobrze rozwiniętą czternastolatką.

Ślub wzięli dwa lata później – 24 maja 1898 r. – w kościele parafialnym w Borkowicach, w obecności proboszcza ks. Antoniego Gołębiowskiego oraz dwóch świadków: Andrzeja Gołackiego (starszego  brata Bronisławy) i Pawła Cieślikowskiego (włościanina zza rzeki spokrewnionego  z Gołackimi).

Osiedlili się na niewielkiej, wąskiej działce, którą ojciec Bronisławy otrzymał jako udział w spadku  po swym przodku Kajetanie Gołackim. Siedlisko było jednak tak wąziutkie, że dom mieszkalny, od północy,  musiał stać  w ostrej granicy i mieć  ścianę szczytową skierowaną w stronę  drogi. A kiedy zrobiono przybudówkę, w której ulokowano sklep, to ściana szczytowa przytuliła się do kasztanowca, wyłażącego prawie na jezdnię.  Za domem powstały liczne zabudowania gospodarcze: obórka, stodółka, szopki, piwniczka. A za nimi był kawałek łączki i niewielki sad.

Tomasz Barański był bardzo operatywny. Prowadził sklep, zajmował się ubojem zwierząt, masarstwem i wędliniarstwem (w pokoju-świetlicy postawił duży piec kaflowy z wbudowaną wędzarenką), powoził bryczką, obsiewał łan pola na wzniesieniu nad janowskim stawem.  W krótkim czasie zastapił też Karola Zamarię w roli podwożącego mieszkańców Kuźnicy na chrzty, śluby i pogrzeby do kościoła w Borkowicach.

Bronisława i Tomasz dobrali się jak w korcu maku.  Jej także przypadły do gustu zajęcia sklepowe: krojenie, ważenie i przeliczanie  pieniędzy. Lubiła wspólne z mężem podróżowanie bryczką, a zwłaszcza wyprawy do kościoła – do Borkowic lub Gowarczowa. Nie  mieli własnych dzieci, lecz ten niedostatek nadrabiali jako dobrzy wujkowie albo rodzice chrzestni (w 1902 roku Bronisława Barańska została chrzestną swojej bratanicy, czyli mojej babci  Bronki), a także  jako sponsorzy zdolnego bratanka (też o imieniu Bronek!), pobierającego nauki w koneckim gimnazjum.

Po piętnastu latach małżeństwa Tomasz był już statecznym mężczyzną, a Bronisława ciągle w rozkwicie kobiecości.

hp photosmart 720

Wtedy w borkowickiej parafii pojawił się ksiądz Jan Wiśniewski, z mety oszałamiający swym wyglądem i światowym obyciem. Był jeszcze przed czterdziestką, niewątpliwie przystojny, fotogeniczny,  elegancki, intrygujący. A na dodatek, jakoś szczególnie zainteresowany południowo-zachodnimi peryferiami borkowickiej parafii. Za jego sprawą małżonków Barańskich ogarnęło wzmożenie religijne. Kolaska co i rusz gnała do Borkowic na nabożeństwa, a na smukłych palcach Bronisławy robiły się odciski od różańca. Ale nawet najdłuższe litanie jej nie nużyły, bo za zakładkę w modlitewniku służyło jej przemiłe zdjęcie Jana Wiśniewskiego z lat gimnazjalnych, wykonane przez fotografa „jego Cesarskiej Mości” Józefa Grodzickiego. Jak ona zdobyła tę słodką fotkę, pozostanie jej równie słodką tajemnicą.

Mijały lata, a małżonkowie Barańscy coraz bardziej angażowali się w dzieła kościelne, a coraz mniej uwagi zwracali na problemy najbliższej rodziny. Kiedy Stach Gołacki z trudem wiązał koniec z końcem, jego siostra i szwagier z całych sił wspierali budowę kościoła w Ruskim Brodzie, rozpoczętą z inicjatywy ks. Jana Wiśniewskiego.  Nie żałowali grosza na opłacanie  murarzy, a także na pokrycie kosztów wykonania figur świętych apostołów, które miały stanąć po bokach ołtarza.

Na krótko przed wybuchem wojny, prawdopodobnie znów  za namową księdza kanonika, aby uczcić czterdziestolecie pożycia małżeńskiego, Bronisława i Tomasz wykosztowali się na budowę figurki Matki Boskiej, nawiązującej do objawień w Lourdes. I chyba nie byli świadomi niebezpieczeństw, grożących osobom uczestniczącym w jej poświeceniu, które odbyło się w Kuźnicy w maju 1940 roku.

Zadziwiające jest to, że również po śmierci ks. J. Wiśniewskiego,  kapłani z parafii Borkowice, uformowani i instruowani przez Jego Ekscelencję Bp. J. Lorka, „podtrzymywali kontakty” z małżeństwem Barańskich.  Bronisława dostawała kolejne zdjęcia wikarych i seminarzystów, z serdecznymi pozdrowieniami i życzeniami obfitych łask bożych. Kapłani dobrze wiedzieli, że Barańscy już nie prowadzą sklepu, bo przegrali „bitwę o handel” z GS-em, ale wciąż liczyli, że staruszkowie wysupłają kilka carskich złotych monet i ofiarują na tacę lub na seminarium.

W 1952 roku ordynariusz Diecezji Sandomierskiej, sławny już za okupacji bp. J. Lorek, zarządził misję połączoną z rekolekcjami w biednej parafii Ruski Bród. Od tego czasu do drzwi Barańskich zaczęli się dobijać kolejni proboszczowie tam urzędujący. Zasypywali coraz mniej sprawnych intelektualnie małżonków kościelnymi wydawnictwami i obrazkami i oferowali najskuteczniejsze modlitwy, nie tylko za „co łaska”.  Tomasz odmówić księżom nie potrafił, a oni widzieli, że mu na polu pod Janowem żyto obrodziło.

Pomimo przekroczenia  dziewięćdziesiątki, Tomasz Barański był wciąż tak sprawny fizycznie, że wsiadał do bryczki lub na oklep zajeżdżał na swoje pole, aby go doglądać. Czasami zabierał też żonę, która nie dość,  że zdewociała dokumentnie, to i ewidentnie przytyła i zbabiała. Aż zdarzyło się nieszczęście:

„Wyjebała się kolaska,

wpadła ciotka na wujaska”

jak to lapidarnie ujął Roman Andrzejewski (szwagier mojej babci Bronki),  i wuj Tomasz został przykuty do łóżka. Proboszcz miejscowy przekonał podłamaną Barańską do złożenia zamówienia na „gregoriankę” za ułaskawienie duszy Tomasza, choć ten jeszcze ducha nie wyzionął. W ramach rozliczenia, księżulo  przejął w posiadanie pole nad janowskim stawem i szybko opchnął go następnej osobie, bo jeszcze tolerowano tzw. umowy nieformalne, choćby zawarte tylko na gębę.

O tej aferze dowiedziały się młodsze siostry mojej babci – Pela i Lodzia i przy pierwszej okazji udały się do ruskobrodzkiego proboszcza i zażądały oddania wujowego pola, bo jak nie, to one zabiorą sprzed ołtarza figury Piotra i Pawła, które ufundował Tomasz. Katabas nieco zmiękł i złożył obietnicę, że po śmierci Barańskich wystawi tym zasłużonym parafianom elegancki pomnik na cmentarzu.

Sprawa przycichła, bo Tomasz Barański od wypadku aż do śmierci  jeszcze ze dwa lata  pomęczył się w łóżku. Wdowa Barańska zaś, też nie spieszyła się na tamten świat i po kilku latach sprzedała bryczkę i za otrzymane  pieniądze obstalowała Tomaszowi tymczasowy nagrobek, który albo sam się rozsypał, albo zniszczył go konar powalonego drzewa.

Swoje ostatnie lata Bronisława Barańska spędziła pod opieką obcych ludzi, z którymi ponoć się umówiła na dożywocie. Czy byłby ktoś w stanie poddawać w wątpliwość oświadczenia opiekunki, rocznik 1898, z referencjami od samego proboszcza z Gowarczowa? Zmarła bodajże w 1974 roku i została pochowana na cmentarzu w Ruskim Brodzie, ale gdzie dokładnie, trudno ustalić.  W parafii od tamtej pory zmieniło się już tylu proboszczów.

Pole nad byłym janowskim stawem zamieniło się w las, a dom (skrócony i przemalowany) wraz z kiszkowatą działką ma już bodajże czwartego właściciela.

Figurka stoi na swoim miejscu. Ktoś stawia i zapala u stóp Maryi Niepokalanie Poczętej  cmentarne znicze, pewnie święcie przekonany o Jej śmierci.

Żeby tak znaleźć choć  jednego świadka, który by potwierdził, że przynajmniej ta „gregorianka” została faktycznie odprawiona…

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *