Stróż w Boże Ciało

Widocznie Opatrzność czuwała nade mną, bo nie odziedziczyłem urody po tatusiu i nie pokochałem pracy na roli. Na rok przed maturą wiedziałem już, że nie ma lepszej fuchy, jak dozorca i to niekoniecznie na cały etat. Nie ukrywam, że bardzo zazdrościłem wujowi Stachowi, zatrudnionemu na pół etatu w Ośrodku Wypoczynku Świątecznego nad zalewem w Toporni.  Mój pozytywny stosunek do zawodu dozorcy nie zmienił się nawet wtedy, kiedy poznałem takie paskudne słowo: „cieć”.

Właśnie na tzw. cieciówie zaliczyłem swoją praktykę na posadzie dozorcy. I to nie byle gdzie, bo na bazie transportowej przedsiębiorstwa „Hydrobudowa 6” na warszawskim Służewcu Przemysłowym. A zdarzyło się to w środku upalnego czerwca 1987 roku, kiedy zrobolały naród polski gościł swego wielkiego rodaka z Watykanu. A kilka dni po odlocie drogiego gościa,  wypadło jeszcze święto Bożego Ciała. W ekipach cieciów-studentów zrobiły się luki i znajomy brygadier sam zaproponował mi dziesięciodniowe zastępstwo i wynagrodzenie jak za półtora miesiąca. Bonusem był telefon na portierni z wyjściem na cały kraj – na koszt firmy.

Miałem spore i uzasadnione nadzieje, że zajmę się stróżowaniem nocnym w jednym z olsztyńskich przedszkoli. Sugerowałem to pewnej nauczycielce już na pierwszej randce w dniu Bożego Ciała 1990 roku. Mój biznesplan, zakładający demunicypalizację placówki oświatowej, pojawił się o dziesięć lat za wcześnie i dlatego, zamiast stróżować i kosić kasiorę, składałem regularne wizyty w przysuskim PUP-ie.

Po uwolnieniu się z więzów małżeńskich, niespodziewanie otrzymałem propzycję dorywczego, sezonowego stróżowania. Chętnie  się zgodziłem, bo uprzednio obiecałem p. Sędzi z wydziału rodzinnego SR w Olsztynie, że „będę się aktywizował”. I chwała Panu, bo już bodajże trzeci czy czarty raz wypadło mi spędzić Boże Ciało na stróżowaniu.

O dzisiejszym Bożym Ciele przypomniałem sobie raptem we wtorek. Ale nie wpadłem w panikę. Miałem bowiem tylko przystrzyc trawkę, wysłać list polecony, odebrać gazety i czasopisma, dokupić karmy i żwirku dla Kooci oraz podłączyć pompę. Do dzieła przystąpiłem w środę o czternastej i… szok.  Pulpeton przegryzł kabel od otwieracza bramy.

Straciłem prawie dwie godziny na ogarnięcie awarii, ale potem udało mi się zrealizować to, co sobie zaplanowałem. Tylko w nocy nie bardzo mogłem się zdrzemnąć, bo wciąż nachodziła mnie myśl o tym, że brama jest tylko zablokowana kamieniem.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zerkając od czasu do czasu na bramę, przeczytałem „Ósmy dzień tygodnia” i „Cmentarze” Marka Hłaski. Zamiast na procesję, poszedłem nad sadzawkę karmić i podziwiać rybki. Z Koocią zrobiliśmy  przegląd czasopism (cholernie nudnych w tym tygodniu). A po południu uruchomiłem pompę, bo chyba będzie kilka cieplejszych dni, a wtedy fajnie jest się trochę popluskać w wodzie.

Tylko stroić się nie miałem ani czasu, ani ochoty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *