Babka Bronka była głową rodziny, zarządcą gospodarstwa domowego i naczelną gospodynią. Dzięki jej pracy i życiowej zaradności całkiem beztrosko przeżyłem moje dzieciństwo i młodość, które przypadły na okres rządów gomułkowskiej ciemnoty, gierkowskiej kliki i jaruzelskiej junty. Byłem jej jedynym wnuczkiem i dlatego w czasach licealnych i studenckich nie musiałem jakoś specjalnie zabiegać u niej o wsparcie finansowe. Prosiła jedynie o to, żebym za dużo pieniędzy nie wydawał na głupoty.
Ale na cóż można było zamienić te peerelowskie banknoty, jak nie na wódkę, papierosy i głupoty? A zwłaszcza na początku ostatniego semestru studiów, kiedy w planie tygodniowym były tylko dwie pary zajęć i, ewentualnie, ze dwa popołudnia w czytelni czasopism w Bibliotece na Koszykowej, żeby nie dostać pylicy płuc i odgniotków na dupie. Brało się więc gotówkę i karty zaopatrzenia, nabywało co potrzeba i rozpoczynało kolejny radosny wieczór w akademiku.
Piątkowy wieczór 22 lutego 1985 roku rownież zapowiadał się rozrywkowo. Rozpracowywaliśmy akurat pierwszą butelkę, kiedy dostałem telegram z domu: „przyjedź babcia miała wypadek pogotowie zabrało ją do Opoczna”. Nie namyślając się, wrzuciłem do walizki kilka rzeczy i byłem gotów jechać na Okęcie łapać okazję do Przysuchy lub Radomia. Koledzy mnie na szczęście jakoś powstrzymali i wyruszyłem w sobotę rano. Do chałupy dotarłem z kłopotami dopiero po południu.
Okoliczności wypadku przedstawił mi kuzyn, spotkany na przysuskim dworcu. Babka Bronka została potrącona przez autobus pracowniczy, kiedy weszła na jezdnię spoza dostawczego żuka. Wychodziła ze sklepu u Fidosa (w naszym pijackim gronie sklepowy miał ksywę „Haberbusch”) w towarzystwie kuzynki z Wymysłowa, tamta ją zagadała, a tu jak na nieszczęście nadjechał autosan od Końskich i strącił ją w rów, w śnieżną zaspę. Szczęście w nieszczęściu, że pięćset metrów od miejsca zdarzenia była jak raz karetka pogotowia i stosunkowo szybko odwieziono Bronkę do szpitala w Opocznie. Od mamy i księdza Zygmunta, którzy ledwo co wrocili z Opoczna, dowiedziałem się, że Bronka leży pokiereszowana na OIOM-ie, że nie odzyskała przytomności i że ksiądz wykonał stosowne czynności, ale stan wydaje się beznadziejny. Przez kilkanaście następnych godzin myślałem tylko o tym, czy zobaczę babcię Bronkę jeszcze żywą.
W niedzielę z samego rana wybrałem się do Opoczna, odnalazłem szpital, przekonałem strażnika przy wejściu, żeby mnie przepuścił poza ustalonymi godzinami wizyt i z łomotem w sercu wszedłem do sali z dwoma łóżkami reanimacyjnymi. Bronkę rozpoznałem z trudem, bo miała zabandażowaną głowę i przymknięte powieki. Sterczał jej tylko charakterystyczny orli nos, w którym tkwiły jakieś plastikowe rurki. Była pod kroplówką i jednocześnie podawano jej krew. Na tabliczce pacjenta wpisano imię „Weronika” i wiek – „74 lata”. Postanowiłem tego nie korygować, bo któraś z pielęgniarek podszepnęła mi, że to może i lepiej dla pacjentki, że została odmłodzona.
W poniedziałek, trzy dni po wypadku, babcia Bronka odzyskała przytomność. Niby leżała nieruchomo, na wznak, lecz wodziła wzrokiem po suficie, a ręce, zwłaszcza prawa, poruszały się nerwowo, gotowe wyrwać wenflon. Zaczęła odczuwać pragnienie, a być może i głód. Wymyśliłem wtedy, że zacznę ją wzmacniać tym, co zawsze lubiła, czyli takim koglem-moglem z dodatkiem kakao. Chyba trochę pomogło, gdyż w przedostatni dzień lutego, Bronkę przeniesiono z OIOM-u do sali wielołóżkowej na oddziale chirurgicznym.
Pierwszą dobę na nowej sali babcia spędziła w takim przyczajeniu, ale następnego dnia zaskoczyła mnie, bo zastałem ją w pozycji prawie siedzącej. Plecami opierała się o dwie postawione na sztorc poduszki, a prawą ręką chwytała się wyciągu. Z bliska było trochę gorzej: rzucała się w oczy złamana i nieustawiona kość obojczykowa, ogromne zasinienie na żebrach, siniec i obrzęki na udzie i biodrze. Na głowie jeszcze miała lekko przekrwiony bandaż, ale na twarzy pojawił się uśmiech. Najlepsze jednak było to, że kiedy rozglądała się po sali i taksowała pozostałe pacjentki, to do jednej spod okna powiedziała całkiem wyraźnie: „oj, bidulo, tobie już nic nie pomoże”.
Szybki powrót do zdrowia Bronki był zaskoczeniem także dla lekarzy. Z panem ordynatorem L. Józefiakiem szybko dogadaliśmy się, że Bronka pochodzi z tej samej wsi, co jego kolega ortopeda Zdzisław Matynia /ja jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Gołackich i Matyniów łączą dość silne więzy krwi/ i szybko ustaliliśmy, że przed wypisem Bronki postaram się zwrócić szpitalowi przynajmniej cześć krwi, która uratowała jej życie. Na konto babci oddał honorowo krew mój kolega Janek Rusin, a ja mu to zrekompensowałem niejednym piwkiem i setuchną.
Także z panem doktorem J. Drewniszem udało mi się wynegocjować przesunięcie o parę dni wypisu ze szpitala, bo trzeba było przygotować odpowiednio miejsce w chałupie na przybycie rekonwalescentki. Nikt nie rokował, że Bronka jeszcze kiedyś stanie na nogi, bo uraz biodra i miednicy w jej wieku oznaczał przykucie do łóżka lub fotela. Wypis i transport babci ze szpitala w Opocznie nastąpił ostatecznie na świętego Józefa.
Bezpośrednią opieką nad Bronką zajmowałem się przez całą wiosnę 1985 roku. W maju parę razy zajrzałem na seminarium magisterskie, ale tylko po to, żeby zapewnić promotorkę, że nie rezygnuję, i że może kiedyś znajdę czas na napisanie pracy. Musiałem czynić pozory, bo WKU wbiło mi do książeczki stempel z datą stawiennictwa w jednostce wojsk zmechanizowanych we Wrocławiu.
Na początku lipca wydarzyło się coś niezwykłego – babcia Bronka spuściła nogi z kozetki na podłogę, chwyciła się prawą ręką stołu i … wstała. Potem wstawała coraz częściej i niebawem zaczęła ćwiczyć chodzenie. W listopadzie była już na tyle sprawna, że pojechaliśmy sobie do Radomia pekaesami na komisję, która orzekła utratę 30 procent zdrowia na skutek wypadku.
Jak się okazało, te 70 procent resztek zdrowia, pozwoliło babci Bronce przeżyć jeszcze dwanaście lat i wypić sporo kieliszków wódki ze swoim wnuczkiem… A pan doktor J. Drewnisz, jako specjalista-ortopeda od kilkunastu lat przyjmuje pacjentów także w poradni przy szpitalu w Przysusze.