Tropem Mszczuja

Po miesiącu wakacyjnego leniuchowania zostawiłem chałupinę pod opieką popielicy-hałaśnicy oraz sowy odlotowej i wybrałem się do Ostpreußen. Uważam za bardzo patriotyczne postawienie przynajmniej raz w roku stopy na tej inkorporowanej ziemi. Wdychanie aromatu Lasów Napiwodzkich jest zdrowsze, niż wystawianie  do słońca czterech liter  nad Bałtykiem, czy zadeptywanie Tatr. Wyprawa nad Łynę ma większe znaczenie polityczne, aniżeli bieganie tropem wilczym po spalonkach i karczowiskach pomiędzy Pilicą a Drzewiczką.

Dla nas, ziomków Mszczuja, tereny byłych Prus Wschodnich są obecnie niemalże na wyciągnięcie ręki. InterCity „Kolberg”  trasę ze Skrzyńska do Działdowa lub Nidzicy pokonuje raptem w trzy godziny, a bilet normalny kosztuje 61 złotych. Seniorzy, czyli osoby 60+, niekoniecznie emeryci lub renciści, mogą w ramach promocji wykupić bilet ze zniżką 30% – wte i wewte to tylko 85 złotych.   Z Przysuchy  do Nidzicy (Niborka) wybrałem połączenie z przesiadką na Warszawie Zachodniej: najpierw sto kilometrów przysuskim „ExpressBusem”, a pozostałe 150 km – IC „Kolbergiem”.  Kosztowało mnie to nieco drożej, bo 65 złotych (25 + 40), a poza tym, tego dnia pociąg złapał aż pół godziny opóźnienia. Nie dziwi mnie zatem, że Mszczuj ze Skrzynna i inni rycerze z Ziemi Odrowążów, którzy w 1410 r. wlekli się na Prusy kilka tygodni, byli w końcu tak wkurzeni, że całe podzamcze  Neidenburga puścili z dymem. Większość pasażerów wagonu nr 6 wszystkie niedogodności podróży  przeżywała na spokojnie, jedynie lekki wkurw okazywały cztery dziewoje wystylizowane na czarno, ewidentnie sympatyzujące z radykalnym ruchem BLM i, być może, z Marszem Kobiet.

Wysiadłem z „Kolberga” w Nidzicy, na zmodernizowanym peronie i zazdrośnie popatrzyłem na nowy budynek stacji. Przypomniałem  sobie, jak przed czterdziestu laty, w barze dworcowym wypiłem dwie setki wódki do jednego pieroga /talerzyk zakąski był na trzech/. Mało kto wie, że ten stary dworzec też był parę razy odbudowywany, bo nawet we wrześniu 1939 roku został zbombardowany przez polskie Luftwaffe. Teraz tuż przy poczekalni dworcowej znajduje się wypożyczalnia książek i jest to całkiem niezły pomysł.

Z dworca odebrał mnie kum i powiózł na północ. Stanąłem obozem pomiędzy Łyną a Koniuszanką, choć Mszczuj zapewne odbił w swoim czasie w lewo i czekał na starcie z Krzyżakami z drugiej strony Lasów Napiwodzkich. Moje miejsce postoju wydaje mi się jednak znacznie atrakcyjniejsze, a poza tym, wyjątkowo gościnne i towarzyskie. Tu najczęściej zatrzymywałem się podczas podróży do Allenstein…

Tym razem zrobiłem kilka wypadów: pieszo – do lasu na kurki, rowerem – do Brzeźna Łyńskiego i samochodem – do Jedwabna i Olsztynka. Zebrane grzybki wrzuciłem do krupniku, do zupki był chleb ze Społem w Jedwabnie,  a na deser tenże chleb z twarogiem i napiwodzkim miodem.  Kilkanaście lat temu zawoziłem kumostwu na spróbowanie paprykę z naszego Zagłębia, a teraz przytaszczyłem do Przysuchy pomidory i ogórki od Żółtowskiego z Mierek k. Olsztynka. Te warzywa naprawdę smakują.

Dla popielicy i sowy nic nie przywiozłem, bo kto wie, czy nie zechciałyby też wyrwać się z chałupy hen pod Grunwald. Sowa-odlotowa mimo to chyba ucieszyła się na mój powrót, bo ofiarowała mi piórko.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *