Ubrać te miecze!

Powiem więcej: убрать или послать к хуям!
A co? Ano te  dwa nagie miecze pomnika, wbite w ziemię wsi Ruski Bród, które ranią wzgórek Łysej Górki, niczym kolce róż wątłą od umartwień pierś św. Teresy od Dzieciątka Jezus – patronki ruskobrodzkiej parafii. Doktorka Kościoła rzymskokatolickiego niewątpliwie cierpi, zerkając kątem oka na tę gołą ohydę z obrazu zawieszonego w ołtarzu świątyni. Pewnie nieswojo czuje się też kolejny tutejszy duszpasterz, który ma świadomość, że owe miecze symbolizują dalibóg dotkliwą porażkę Zakonu Najświętszej Maryi Panny, który wszak przynależał do jego korporacji.
Pomnik w Ruskim Brodzie wybudowano ku czci  tzw. polsko – sowieckiego braterstwa broni w latach drugiej wojny światowej. Miał za zadanie propagować przyjaźń pomiędzy Polakami i Sowietami, czyli jak to się mówi: miłość dupy z batem. Perfidnie wykorzystano fakt, iż wieś była miejscem dużej bitwy pomiędzy Robotniczo-Chłopską Armią Czerwoną a Wehrmachtem, stoczonej w styczniu 1945 roku oraz to, że na parafialnym cmentarzu pochowano poległych wtedy ponad 400 żołnierzy sowieckich. „Wyzwolenie spod okupacji niemieckiej” mieszkańcy Ruskiego Brodu okupili bowiem kilkoma ofiarami oraz spaleniem domostw, uszkodzeniem kościoła i rabunkiem skromnego dobytku. Z pomnikiem ku czci czerwonoarmiejców całkiem nieźle „korelowała” nazwa wsi, nawet ta złośliwa: „Ruski Brud”.

Mieszkańcy Ruskiego Brodu, jak się wydaje, zaakceptowali pomnik i jego ideę. Nie przeszkadzała im ani czerwona szatańska gwiazda pięcioramienna, ani orzeł bez korony, którymi zwieńczono rękojeści nagich betonowych mieczy. Przypuszczam, że ich pozytywny stosunek do Sowietów wynikał ze stosunkowo krótkiej bytności czerwonoarmiejców w tej okolicy w 1945 roku, a reszty dopełniła komunistyczna polityka i propaganda. Zmiana ustrojowa w Polsce doprowadziła jedynie do usunięcia z pomnika tejże szpetnej gwiazdy i osadzenia na jej miejscu drugiego orła (już z koroną).
O braku mentalnej zmiany wśród mieszkańców Ruskiego Brodu świadczy chociażby specyficzna karteczka, którą otrzymał mój wujek Stanisław od swego kuzyna Lecha z okazji imienin w 2007 roku.   Było to wkrótce po klęsce lewicy postkomunistycznej w Polsce, a zarazem na początku budowy „russkiego miru” na obszarze postsowieckim.

Nie dziwi zatem, że pomnik w Ruskim Brodzie przetrwał spokojnie okres rządów Platformy Obywatelskiej  oraz dwie trzecie rządów PiS. Nikt tam specjalnie o niego nie dbał, ale też nikt nie oblewał czerwoną farbą. Latem ubiegłego roku przysuski samorząd zdecydował się na zmianę tablicy na pomniku i w ten sposób adaptował ohydę do współczesnych realiów administracyjnych, układów partyjnych i obowiązującej polityki historycznej. A stało się to już po śmierci mojego kuzyna Leszka. Nb. w tym samym czasie samorządowcy z Końskich w końcu zmienili nazwę ulicy wylotowej na Przysuchę – z Gwardii Ludowej na Partyzantów.

Zawiedziony powierzchownością tych zmian, zasugerowałem wtenczas całkiem kompromisowe rozwiązanie problemu, czyli poświęcenie ruskobrodzkiego pomnika sławnemu rycerzowi ze Skrzynna – Mszczujowi, który prawdopodobnie Wielkiego Mistrza Krzyżaków pod Grunwaldem usiekł mieczem. Nie ukrywam, że liczyłem na przypadkowe zainteresowanie walecznego, ambitnego Rafała ze Skrzynna, syna mojego byłego poczciwego profesora Henryka oraz pełnej werwy pani Teresy rodem z Radestowa, który to Rafał przewodzi lokalnej watasze Konfederacji Królowej Korony Polskiej i toruje drogę do zwycięstwa w Zagłębiu Paprykowym samemu Grzegorzowi Braunowi. Niestety, zaabsorbowany walką polityczną Rafał ze Skrzynna skoncentrował się na problemach ogrodników i sadowników oraz socjalu dla „przybyszów z Ukrainy”.   Mniej go interesuje historia własnego regionu, a bardziej kwestia Wołynia, w ujęciu naukowym Ewy Siemaszko, czyli specjalistki od technologii żywności. Wątpię, by podchwycił kiedykolwiek pomysł przeniesienia ruskobrodzkich nagich mieczy na skrzynecki rynek lub na wzgórze od strony Radomia, z którego rozciąga się widok aż do Politowa.
Bandycka agresja Rosji na Ukrainę, ujawniająca zamiary i oblicze polityki „russkiego mira”, spowodowała, że narody zwasalizowane niegdyś przez Moskwę,  postanowiły raz na zawsze pozbyć się symboli rosyjskiego panowania, likwidując, między innymi,  pomniki gloryfikujące czerwonoarmiejców. Godna podziwu jest postawa Łotyszy, którzy zrzucają z postumentów szmelc tanków T-34, nie zważając na ujadanie moskiewskiej sfory propagandystów oraz rosyjskojęzycznych współmieszkańców.
Martwi mnie jednak, że w Polsce, do której drzwi w Lasku Białowieszczańskim, przed rokiem zaczął dobijać się „russkij mir” z wąsatym ryjem białoruskiego kacyka, sprawa usunięcia pomników ku czci sowieckich „wyzwolicieli” wciąż napotyka na opór. Wręcz niewiarygodne, że w takim mieście jak Olsztyn nadal sterczą sławetne „szubienice”. Czyżby władze Olsztyna (prezydent – typowy czerwony pieprzyk koniunkturalista, który   zdobył poparcie ludowców z pegeerów i byłej AR-T) czekały, aż  przypierdoli w nie iskander, wystrzelony „ po znanych koordynatach” z „bratniego” Kaliningradu, albo podłożą bombę tamtejsi  turyści przy okazji wizyty w Teatrze im. Jaracza na jakiejś rosyjskiej sztuce?

Doświadczenie pierwszego półrocza wojny w Ukrainie uczy, że należy jak najszybciej pozbywać się wszystkiego, co może kojarzyć się z ideologią „ruskiego miru”, aby nie dawać Moskalom jakiegokolwiek punktu zaczepienia. W przypadku Ruskiego Brodu, zachętą dla moskiewskich imperialistów jest nie tylko pomnik, ale i sama nazwa wsi. Trzeba ją natychmiast zmienić na jakaś rusofobiczną, np.: Nieruszów, Mirdodupy itp.
Nie można zwlekać również ze zmianą tablic umieszczonych na cmentarzu ruskobrodzkim na miejscu pochówku czerwonoarmiejców. Czerwona gwiazda też powinna zniknąć, bo należy do innej epoki i symbolizuje zło. Potrzebna jest prawda o  tych „dziadkach walczących” w składzie Frontu Ukraińskiego, zmobilizowanych w większości na terytorium byłej USRS oraz na ziemiach II RP, zaanektowanych w 1939 r. przez ZSRS. Można zatem z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wśród poległych i pochowanych w Ruskim Brodzie czerwonoarmiejców większość stanowią Ukraińcy, a nie moskwicini czy plemiona kaukaskie lub ałtajskie. Na nowej tablicy winny więc bezwarunkowo pojawić się ukraińskie symbole narodowe i napis w języku ukraińskim, i koniecznie  z zakończeniem: albo „Вічна пам’ять» , albo „Героям слава».  Obecne  napisy w języku rosyjskim i polskim wymagają przeredagowania, a krwistoczerwoną gwiazdę trzeba zastąpić „ trójkolorem” i dwugłowym orłem, a w żadnym wypadku jakaś wstążką w barwach stonki.
Gdyby demontaż pomnika w Ruskim Brodzie nie został dokonany przed zima, to przynajmniej w dniu odpustu parafialnego (w październiku na Teresy) należałoby zakryć ohydę siatką maskującą. Bo gdy się lepiej przyjrzeć, to i te orły na mieczach wyglądają nieszczególnie – jeden chudy, wypierzony, a drugi zapasiony i mało lotny.

Jeśli mimo wszystko pomnik pozostanie w Ruskim Brodzie, to kto wie, czy pod mieczami, na przyszłą wiosnę,  wielce utalentowany dentysta-protetyk Rafał ze Skrzynna nie zagra na swoim akordeonie „Прощания словянки» z okazji „Дня Победы» , dla tragarzy i tutejszych miłośników  „russkiego mira”.  Przedwczoraj to swoje ckliwe pienie wrzucił na fejsa.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Uzupełnij pole: *