Wirus

Wirusy istnieją od połowy pierwszego tygodnia, w którym został stworzony ten nasz przecudowny świat. Nic dziwnego, że posiadają wiele atrybutów, charakteryzujących ich stwórcę. Są tak samo przedwieczne, wszechobecne, wszechmocne, zmysłowo niedostrzegalne i, jeśli nie całkiem nieśmiertelne, to przynajmniej zdolne do zmartwychwstań bądź reinkarnacji.

Uznając, że życie na ziemi jest niczym innym, jak istniem rożnych form protein i ich metamorfozą, a także mając świadomość, że to właśnie białko w postaci wirusa zawładnęło naszym globem, powinniśmy pokornie zaakceptować ten fakt i naszą egzystencję dostosować do warunków ustanowionych przez „głównego gospodarza tej Ziemi”. Od podporządkowania się przepisom prawa odwiecznego zależy bowiem długość i jakość naszego żywota. Żywota, które jest niczym innym jak oczekiwaniem, czuwaniem i przygotowaniem na zjawienie się wirusa – nieuchronne a zarazem zaskakujące. „Czuwajcie, albowiem nie znacie dnia ani godziny” – to zalecenie jak ulał pasuje do pojawienia się epidemii wirusa.

O ile nie możemy zapobiec samemu pojawieniu się groźnego wirusa, to z naszym wielopokoleniowym doświadczeniem nie powinniśmy dać się zaskoczyć. Współczesną epidemię przepowiadano już pod koniec dziewiętnastego wieku. Puszczaliśmy jednak mimo uszu, kiedy nasi dziadkowie powtarzali przepowiednie, że „zima zimy będzie sięgać” a „żółta rasa zaleje świat”. Przecież to wydawało się takie absurdalne. Ignorowaliśmy sygnały ostrzegawcze, jak wirus szalonych krów, czy ptasia grypa. Na końcu listy licealnych lektur obowiązkowych znalazła się wprawdzie „Dżuma”, ale o istnieniu „Palę Paryż” B. Jasieńskiego pewnie nie mają zielonego pojęcia nawet aktualni studenci polonistyki.

Ostatnim ostrzeżeniem było uaktywnienie się wirusa świńskiej grypy przed dziesięcioma laty. Zagrożenie epidemią wirusa AH1N1 było ogromne, ale udało się go powstrzymać dzięki ograniczeniu patologii w hodowli przemysłowej. Wiosną 2010 roku, wszelkie głosy alarmujące o śmiercionośnym wirusie i podpowiadające metody uniknięcia zarażenia, zostały zagłuszone wrzawą medialną po katastrofie lotniczej Tu-154.

Miałem wówczas to szczęście, że ksiądz Zygmunt przygotował i podrzucił mi broszurkę: „Przyczyny chorób”. Opracował ją na podstawie książki H. Wesołowskiego „Robią wszystko, aby nas oszukać”, zakupionej w kruchcie kościoła Św. Jakuba przy Placu Narutowicza. Z tej broszurki dowiedziałem się, że istnieją zasadniczo cztery przyczyny zachorowań, a mianowicie: nadmiar toksyn w organizmie, niedobór składników odżywczych, bałagan elektromagnetyczny w najbliższym otoczeniu i stres emocjonalny. Znalazłem też wskazanie, jak należy postępować, żeby być uwolnić się od chorób. Otóż, po ustaleniu przyczyny dolegliwości, należy jedynie pobudzać i wzmacniać nasz naturalny system samoobrony, tzw. system odpornościowy.

W tym niezwykle ważnym dla mnie okresie życia, los zetknął mnie z Hubertem Czerniakiem, który przez trzy lata (do końca 2013 roku) był moim lekarzem pierwszego kontaktu. Na tle innych lekarzy bardzo się wtedy wyróżniał niesamowitą energią, bystrością, wysportowaną sylwetką, szybką jazdą samochodem i równie szybkim i skutecznym diagnozowaniem i leczeniem różnorodnych przypadłości. Przy takim lekarzu, rówieśniku, pacjent pragnie wyzdrowieć motywowany,chociażby, szkaradną męską zazdrością.
Dzięki Hubertowi Czerniakowi zrozumiałem, że w medycynie nie jest najważniejsze usunięcie objawów choroby: kaszlu, gorączki, bólu, podwyższonego poziomu cholesterolu i trójglicerydów, tylko eliminowanie przyczyn tego stanu. A tu już państwowa opieka zdrowotna na niewiele może się przydać, bo nie chodzi o połykanie tabletek, lecz odpowiedni sposób życia. Chciałem jeszcze podzielić sie z doktorem Czerniakiem moimi wnioskami, ale tenże zniknął mi nagle z przychodni na jesieni 2013 roku. Ja też postanowiłem zrezygnować z kontaktów z polską służbą zdrowia i od 2014 roku nie skorzystałem z pomocy lub porady żadnego specjalisty /Huberta Czerniaka oglądam sobie w Internecie i wydaje mi się, że przeczytał w ostatnich latach wiele książek z wrocławskiego wydawnictwa o podobnej treści, jak książka H. Wesołowskiego/.

Rok temu /styczeń-luty 2019/ moją strategię przetrwania miałem okazję przetestować walcząc przez półtora miesiąca z jakimś wirusem, który dopadł mnie w trakcie świątecznego obżarstwa. Nie skorzystałem z farmakologicznego wspomagania, tylko ograniczyłem się do wywołania potów, leżenia, częstej zmiany bielizny i pościeli. Po trzech-czterech dniach poczułem się już wyleczony, że zrezygnowałem z łóżka…i to był błąd, który kosztował mnie kolejne tygodnie katarów, potów i osłabienia. Ale chyba było warto, bo tej niezwykłej zimy, odpukać, jakoś nic się mnie nie ima.

Wirus z Wuhan jest dzisiaj tylko kilkanaście, a może nawet kilka kilometrów od mojego domu. Niebawem okaże się, czy ten wirus uzna mnie za odpowiedniego do roli nosiciela.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *