W niedzielę, 24 sierpnia 2025 roku, Ukraina po raz 34 świętuje Dzień Niepodległości. W bólu i niepewności. Wyjątkowo skromnie zarówno w Kijowie, jak i wszędzie tam, gdzie biją ukraińskie serca. W Polsce obchody mają tym razem charakter jedynie symboliczny i bardzo smutny. 
Pamiętam dość dobrze tamten sierpień 1991 roku: Olsztyn, Mazury, Bieszczady, Lwów, Warszawa. Ciepłe, słoneczne lato; beztroskie, kawalerskie, towarzysko urozmaicone. A jednocześnie, nieustanne poszukiwanie i zdobywanie materiałów na temat historii ukraińskiej prasy.
Na wyjazd do Lwowa umówiłem się z Bohdanem, Lubą i Darkiem dwa miesiące wcześniej, podczas spotkania w Górowie Iławeckim. Ustaliliśmy, że wyjeżdżamy służbowo, więc musiałem koniecznie postarać się o stempel z literą bodajże „B” w paszporcie. I taką pieczątkę mi wbili, w Przysusze lub Radomiu.
Luba, Bohdan i Darek od lipca przebywali w Bieszczadach, w Rzepedzi konkretnie, i tam na mnie oczekiwali. Ja, natomiast, wracając z Olsztyna zatrzymałem się tradycyjnie pod Nidzicą i łowiłem rybki. Tak się szczęśliwie złożyło, że do moich przyjaciół wstąpili nasi znajomi – Hala i Jurek, którzy właśnie udawali się na Nadsanie. W ich niezwykle pojemnym maluchu znalazło się miejsce dla mnie i mojej torby podróżnej. W środku nocy dotarliśmy do Hłomczy, a po noclegu na gościnnej plebanii pojechaliśmy do Komańczy, gdzie spotkałem Bohdana i resztę. W Komańczy jak raz odbywał się odpust, więc był powód do świętowania na miejscu, a potem w Rzepedzi.
Orzeźwiające, bieszczadzkie powietrze pomogło nam odzyskać siły do dalszej podróży. Najpierw sławną wąskotorówką z Rzepedzi przez Chyriw do Zagórza i Przemyśla, a następnie pociągiem Przemyśl – Medyka – Lwów. Bez żadnych problemów na granicy, dotarliśmy do naszego punktu docelowego w Wynnykach na przedmieściu Lwowa.
W zasadzie, była to moja druga wizyta we Lwowie. Pierwszą, bowiem, zaliczyłem w marcu 1987 roku, z kolegą Iwanem/Johnem, podczas przejazdu tranzytem z Debreczyna przez Mukaczewo/Użhorod do Przemyśla. Ale z tamtej wizyty zapamiętałem jedynie jakiś obskurny plac targowy, gdzie sprzedaliśmy resztę naszych zegarków z melodyjkami i dokonaliśmy wymiany rubli na dolary.
W sierpniu 1991 roku trzeba było obratno zamieniać te dolary na ruble, bo złotówek na ruble nie dawało się wymienić. A pieniądze sowieckie były potrzebne: na wódkę, papierosy, przekąski, dojazdy do centrum.
Zwiedzanie Lwowa rozpocząłem trochę inaczej, niż większość rodaków, bo nie od pomnika Mickiewicza, tylko od pustego miejsca po zburzonym pomniku Lenina. To miało dla mnie większe znaczenie, niż romantyczne cierpienia i uniesienia. Zniknięcie posągu tego fałszywego bóstwa było oznaką dokonującej się zmiany sytuacji politycznej. Zobaczyłem budynek ratusza, wspięliśmy się Górę Zamkową, obeszliśmy dookoła katedrę Św. Jura, odwiedziliśmy redakcję rozgłośni radiowej, przyjrzałem się z zewnątrz kilku kościołom zakonnym, a najważniejsze, odnaleźliśmy punkt – okienko, gdzie sprzedawano alkohol, w tym moją wówczas ulubioną wódkę „perciwkę”.
Najbardziej zależało mi na tym, żeby dotrzeć do ukraińskich wydawnictw prasowych, żeby zobaczyć pierwsze numery „Rusałki Dnistrowoji” i innych czasopism, od których zaczęła się historia prasy ukraińskiej w Galicji. Wiedziałem, że te pisma znajdują się w Bibliotece Narodowej im. Wasyla Stefanyka, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie ma żadnej współpracy pomiędzy tą biblioteką, a podobnymi instytucjami w Polsce, że, przeciwnie, trwa spór o zbiory należące niegdyś do Fundacji Ossolińskich. Nie miałem nawet zwykłego skierowania – prośby z podpisem promotora o udostępnienie zbiorów do celów naukowych. Mimo to, w asyście Bohdana wszedłem do Biblioteki i dotarłem do Pana Doktora Myrosława Mykołajowycza Romaniuka, od którego dostałem pozwolenie na korzystanie z czytelni oraz zbiorów czasopism, w tym wydawnictw Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku.

Bogactwo zgromadzonych czasopism przygniotło mnie. Uzmysłowiłem sobie, że nie dam rady choćby przekartkować większości tytułów. Zamówiłem więc kserokopie niektórych stron tytułowych, a sam skupiłem się na dość dokładnym przeglądaniu ukraińskich gazet z okresu 1941 – 1944, czyli prasy wydawanej pod nadzorem niemieckim. Nigdy wcześniej nie pracowałem tak intensywnie, jak w te sierpniowe dni 1991 roku. Ale, dzięki temu wyrobiłem sobie taki całościowy obraz prasy ukraińskiej, wychodzącej na terenach zajętych i zarządzanych przez Niemców.
W trakcie kilku popołudniowych i wieczornych spotkań, które zorganizował Bohdan, przekonałem się ostatecznie, że Ukraińcy we Lwowie mają bardzo dobry kontakt ze światem zachodnim, nie tylko z Polską i za pośrednictwem Polski. Uderzająca i niezwykła była zaradność i zamożność naszych ukraińskich rówieśników. Z uśmiechem i politowaniem przyjmowali informacje o wysokości naszych stypendiów i pensji nauczycielskich.

Za sowieckie ruble nie bardzo było co kupić. Przynajmniej ja nie miałem pomysłu. Dlatego tuż przed powrotem do Polski nabyłem kilka dziwnych rzeczy, które oferowano w jakimś sklepie prywatnym, trochę przypominającym CePeLię. Wśród nich były: trzy gliniane wazony ozdobne, jakiś obrus lniany, dwie tacki rzeźbione z deski lipowej, pojemniczki posrebrzane na sól i pieprz, trzy jajeczka wielkanocne z talerzykiem wytoczone z drewna i jakieś ściereczki kuchenne z płótna z nadrukiem. Ściereczki były niezbędne do zawinięcia wazoników. 
Ze Lwowa wyjechaliśmy bodajże 19 sierpnia. Nic nie wskazywało wówczas, że za kilka dni Rada Najwyższa Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej przegłosuje Deklarację Niepodległości Ukrainy, a parę miesięcy później Ukraińcy zaakceptują tę decyzję w referendum. Nie przypuszczałem wtedy, że będzie to prawdopodobnie moja ostatnia wizyta we Lwowie i że zapewne nigdy nie odwiedzę Niepodległego Zjednoczonego Ukraińskiego Państwa. Państwa wielkiego, wolnego, dumnego, bogatego i pięknego, które przez wieki było jedynie marzeniem wielu bohaterskich Ludzi.
Cześć i Chwała Ukraińskim Bohaterom!
Вічна ганьба та помста московськім злочинцям!