Wypad na dziadkowiznę

Maj zbliżał się do końca. Raczej chłodny maj, a być może zwiastujący „nowy ład” klimatyczny. Ledwo co „розцвіли бузок та черемшина” і „мов до шлюбу вбралася калина”. Na szczęście na Eurovizji narobiła „шума” Pawłenko Kateryna i skoczną „весняночкою” tę spóźnioną latoś wiosnę ożywiła i  ubarwiła.

Zatęskniłem za dziadkowizną, za działką budowlano-leśną o powierzchni jednej morgi, za chałupiną z 1935 roku (wówczas umarł „Dziadek” z Sulejówka, a mój Ludwik stracił posadę w tartaku!) z dachem dwuspadowym (a nie płaskim, z którego ptasie gówno samo nie zleci) i metrażem nie większym niż 40-45 mkw. (bardzo skromnym, jeśli wziąć pod uwagę, że żyło  w chałupce kilka osób pełnowymiarowych, a nie jakoweś żoliborskie pokurcze). Jest coś takiego, co ciągnie mnie do tego miejsca, do tego domu, gdzie moi najbliższsi żyli i umierali, a gdzie nikt się nie urodził. Jest to swoiste spowolnienie, czy może opóźnienie: wschodu słońca, nadejścia wiosny, prac polowych, wegetacji roślin (kwitnienia, dojrzewania, zbiorów).

Kiedy w pogodzie i w epidemii się nieco uspokoiło, to nakarmiłem zwierzynę (psy, kocicę i rybki), zabezpieczyłem drzwi i bramy i na służbowej „hulajdupie”, omijając wszystkie punkty „drive thru”, pomknąłem na dziadkowiznę. I tak, jak przypuszczałem, trafiłem na początek wiosny.

W tym niezwykłym mikroklimacie, panującym na mojej parceli, dopiero co przekwitły zawilce. Koło chałupy natrafiłem na kępkę narcyzów. Kawał podwórka opanowały śliczne, młode i smaczne pokrzywy (tymi nowalijkami kiedyś babcia Bronka dokarmiała pisklęta). Ale najpiękniejszy widok zastałem na podjeździe, gdzie w soczystej zieleni traw kukułki i mlecze utworzyły niebiesko-żółtą mozaikę.

Naśladując wujka Stacha (zmarłego równo osiem lat wstecz – 31.05.2013), wziąłem kosę i przyciąłem czubki niektórym wybujałym trawom i zielsku. Mlecze i kukułki zostawiłem nienaruszone, bo w nich aż roiło się od trzmieli, os, pszczółek i innych muchówek, zbierających nektar. Niech sobie owady podjedzą, to może mocniej użądlą w dupę jakiegoś nieproszonego gościa. Za nisko też nie powinno się ścinać traw, bo można uczynić kaleką jakaś ropuchę, żabę lub padalca.

Czasami mi się zdaje, że dzięki tej dziadkowiźnie przeżyłem znacznie więcej wiosen, niż te 60.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *