Moszczenica-Las – miejsce egzekucji z 2 lipca 1940 roku.

moszczenica03

„Żebym tylko miał kartofle i kiełbasę, to ja się wojny nie boję” – tak nieco pyszałkowato wypowiadał się gajowy z lasu, należącego do dóbr borkowieckich hrabiego Dembińskiego. Musiało tak być naprawdę, bo kilka razy słyszałem to od mojej babci, a ta była prawdomówna, szczera i obiektywna. Jeżeli potrafiła swobodnie mówić o wadach swego męża, to dlaczegóż miałaby inaczej o teściu swej córki?

Tym gajowym był bowiem mój dziadek ze strony ojca – Jan.

Dziadek Jan urodził się 15 listopada 1897 r. w Ninkowie (Nyncowie) – dużej wsi rolniczej, założonej w XIV wieku, będącej w posiadaniu śląskiego rodu Odrowążów. Był o rok młodszy od mojego drugiego dziadka, ale zdecydowanie bardziej energiczny i krewki. Wcześniej się ożenił, wcześniej spłodził pierworodnego i, w ogóle, miał o jedno dziecko więcej, bo aż troje: Zdzicha (1926), Bodzia (1928) i Miecię (1930).

W roku 1927 dziadek Jan zamieszkał służbowo w gajówce koło upustu stawu w Kuźnicy Borkowieckiej. Można przypuszczać, że był niezwykle gospodarny i oszczędny, gdyż w 1939 roku nabył od swego pracodawcy kilka hektarów ziemi w rodzinnej wsi i postawił tam drewniany dom oraz oborę z kamienia i zamaszystą stodołę. Według Zdzicha, dziadek za same grunty zapłacił 7000 złotych, czyli równowartość 70 przeciętnych krów.

We wrześniu 1939 roku niedaleko od gajówki dziadka doszło do starć ułanów z Niemcami. Kilka mogił poległych polskich żołnierzy wciąż można napotkać w lesie. W marcu i kwietniu 1940 roku, w lasach przysuskich, borkowickich, niekłańskich i in. przemieszczał i ukrywał się oddział majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Koło Huciska (borkowickiego) żołnierze „Hubala” stoczyli zwycięski bój z batalionem niemieckiej policji i żandarmerii. Nastąpił straszny odwet ze strony hitlerowców – spalenie Huciska i Skłób, zamordowanie około 300 mieszkańców /mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat/.

Ale zbrodnie niemieckie na początku 1940 roku nie były tylko odwetem. Były realizacją okrutnego planu niszczenia narodu polskiego, planu uzgodnionego i zsynchronizowanego z sojusznikiem Niemiec – Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Masowe egzekucje Polaków rozpoczęły się w połowie lutego w lesie pod Skarżyskiem (360 ofiar). Równolegle z sowieckim mordem na polskich oficerach, niemiecki okupant przeprowadzał akcję eksterminacji ludności polskiej pod kryptonimem AB (nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna). Niemiecka policja, żandarmeria oraz specjalne komanda wyłapywały światłych Polaków według uprzednio sporządzonych list.

Świętując 24 czerwca 1940 roku imieniny, dziadek Jan nie spodziewał się wcale, że za cztery dni przyjadą po niego Niemcy z Einsatzkommando Opoczno. Tak samo nie spodziewali się też inni mężczyźni z okolicznych wsi, figurujący na liście oprawców. W ciepłe piątkowe południe, 28 czerwca 1940 roku, w przeddzień odpustu na Piotra i Pawła, z domu przy kościele w Ruskim Brodzie zabrano szewca, a ze środka wsi właściciela małej piekarni. Pomimo ostrzeżeń sąsiedzkich, żaden nie uciekał, nie krył się, bo nie mieli poczucia winy.

Szewc i piekarz z Ruskiego Brodu nawet mieli czas na ukrycie się, gdyż po zatrzymaniu się samochodu z Niemcami na skraju wsi, jakiś młody mieszkaniec, suszący siano na łące pod Wawrzynowem, rzucił się do ucieczki. Niemcy strzelali do niego z pistoletów, lecz niecelnie. W końcu został postrzelony w nogę z ręcznego karabinu maszynowego. Dowleczono go do auta, ustalono tożsamość i kiedy okazało się, że nie ma go w spisie, to opatrzono mu kończynę i puszczono do domu.

Grupę ponad dwudziestu zatrzymanych, a wśród nich dziadka Jana, Einsatzkommando odtransportowało do więzienia w Piotrkowie Trybunalskim. Gestapo przeprowadziło przesłuchania, postawiono jakieś zarzuty i wydano wyroki śmierci. O ile dobrze zapamiętałem, to Zdzicho pokazywał mi jakieś odpisy z tych przesłuchań lub orzeczenia sądu policyjnego. Były to maszynopisy w języku niemieckim.

Z Piotrkowa Trybunalskiego, dziadek wraz ze współwięźniami został przewieziony na miejsce straceń do lasu pod Moszczenicą /około 10 km na północ od Piotrkowa, drogą nr 716/. Wyrok wykonano we wtorek, 2 lipca 1940 roku. Kreishauptmann Heinz Albrecht z Końskich z obowiązku powiadomił o wykonaniu wyroku rodzinę dziadka Jana w Ninkowie. Nie wskazał natomiast miejsca pochówku.

Informacja o niemieckich egzekucjach w lesie pod Moszczenicą była przekazywana jeszcze w okresie okupacji przez członków podziemia. Kuzyn, któremu Niemcy pod Moszczenicą zamordowali ojca, powiedział mi, że w rejonie Końskich krążył niewidomy dziad, który powtarzał niektóre nazwiska ofiar i miejsce ich stracenia i zakopania. Dzięki temu, część rodzin, w 1945 roku, wzięła udział w ekshumacji i identyfikacji ciał pomordowanych oraz przetransportowała zwłoki na cmentarze w swoich parafiach.

Do rodziny mego dziadka taka informacja albo nie dotarła, albo też wdowa nie miała sił i środków, żeby wyprawić się za Piotrków /około 100 kilometrów/. Mój ojciec nie znał miejsca stracenia dziadka Jana, a jego brat określał, że „w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego”. O tragedii prawie nie wspominano, gdyż, mimo upływu lat, wywoływała ogromny ból i emocje. W tej sytuacji ja także zwątpiłem w możliwość odnalezienia miejsca zakopania zwłok dziadka.

moszczenica01

W roku 2005, nazwisko mojego dziadka zauważyłem na tablicy pamiątkowej, umieszczonej przy wejściu do kościoła w Ruskim Brodzie. To był impuls do rozpoczęcia poszukiwań w archiwach IPN. Liczyłem na dotarcie do wyroku skazującego na karę śmierci i poznanie nazwiska niemieckiego zbrodniarza oraz na ustalenie miejsca pochówku. Po dwóch latach, z Warszawy przesłano mi kopie kilku stron z opracowania GKBZHwP, gdzie widnieje informacja o moim dziadku, jako rozstrzelanym w lasach piotrkowskich. Dostałem też kserokopię listy osób, które zostały aresztowane przez Einsatzkommando Opoczno 28 czerwca 1940 roku i dowiezione do więzienia w Piotrkowie. Tyle tylko, że na tej liście wykropkowano wszystkie nazwiska zatrzymanych, oprócz mojego dziadka. Takie to dobrodziejstwo Ustawy o ochronie danych osobowych! I, niestety, w oddziałach IPN nie wiedzieli, gdzie jest pochowany mój dziadek.

Trzy lata temu, wspomniany już kuzyn, powiedział mi, że dziadek spoczywa w Moszczenicy i, że on osobiście był przy ekshumacji zwłok w 1945 roku i rozpoznał wówczas swego ojca. Umówiliśmy się na wspólny wyjazd do Moszczenicy, ale coś tam nam przeszkodziło.

moszczenica04

Do Moszczenicy dotarłem ostatecznie na jesieni 2014 roku. Poszukiwania grobu rozpocząłem na cmentarzu parafialnym, ale bez rezultatu. Dzięki pomocy kilku osób, spotykanych na cmentarzu oraz przy stacji benzynowej, trafiłem do miejsca straceń, znajdującego się w lesie, z kilometr od drogi nr 716. Na niewielkiej polanie, w 1964 roku, ówczesne władze Moszczenicy zbudowały pomnik z dwiema poziomo ułożonymi tablicami, z krzyżem i ogrodzeniem z metalowych prętów. Na pomniku i na ogrodzeniu przymocowano znacznie później kilka tabliczek epitafijnych, o różnej treści i formie, ale z identyczna datą – 2 lipca 1940 roku. Nie mogłem mieć żadnych wątpliwości, że właśnie w tym miejscu spoczywa mój dziadek Jan.

moszczenica02

Zapaliłem dziadkowi lampkę, ale wtedy uświadomiłem sobie, że nie wiem zupełnie nic, kto został rozstrzelany wraz z nim, kogo ekshumowano w 1945 roku i przeniesiono na cmentarz, kto nadal spoczywa w zbiorowej mogile? Pomimo kilku prób, nie udało mi się dodzwonić do Proboszcza parafii w Moszczenicy, żeby dowiedzieć się, czy ofiary z 1940 roku zostały odnotowane w księgach parafialnych? Nie wiem jeszcze, czy mogę żądać od IPN przynajmniej niewypikowanej listy aresztowanych, żeby wiedzieć, mniej więcej, obok kogo leży mój dziadek?

PS. Cóż za dziwny zbieg okoliczności! Kilka godzin temu, na drodze zatrzymał się przy mnie znajomy policjant i oznajmił mi, że oddział IPN w Lublinie zażyczył sobie przesłuchania mnie, przez funkcjonariuszy Komendy Powiatowej, w sprawie rozstrzelania przez Niemców mojego dziadka Jana.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *