Wydanie pierwsze – poprawione

Książka Krzysztofa Ziemca „Wysiedleni. Akcja „Wisła” 1947″, prawdpodobnie, miała się ukazać w 70. rocznicę przymusowego przesiedlenia ludności ukraińskiej z ziemi ojczystej na tereny poniemieckie. Tak by wypadało i tak chyba planował autor, który, jednakże, 28 kwietnia 2017, oznajmił na Facebooku, że jego zbiór reportaży pojawi się za miesiąc. Minął maj, lato minęło, a książki nadal nie było na rynku. Wreszcie, w końcu października, w prasie prorządowej zapowiedziano premierę „wysiedlonych” na 6 listopada, czyli w wigilię rocznicy bolszewickiego puczu w Piotrogrodzie.

Redaktor K. Ziemiec nie ukrywał ogromnej radości i satysfakcji z powodu wydania książki. W jego wyobrażeniu, problemy wysiedleńców z akcji „Wisła” były dotąd nieznane polskiemu czytelnikowi, a jemu udało się dotrzeć w ostatniej chwili do naocznych świadków i uczestników wydarzeń z 1947 roku. Ale najbardziej znamienne było wypowiedziane przez autora z wyraźną ulgą „wreszcie jest”, a odnoszące się – jak mniemam – do opóźnienia druku o całe pół roku.

Gdyby nie to opóźnienie, to na dzieło K. Ziemca nie zwróciłbym szczególnej uwagi. Kilka, czy kilkanaście dodatkowych wspomnień niewiele wzbogaciłoby moją wiedzę o przyczynach, przebiegu i skutkach samej akcji wysiedleńczej oraz o losach samych wysiedlonych. Dla normalnego badacza historii temat ten, praktycznie, się już wyczerpał. Wielka w tym zasługa historyków ukraińskich – potomków przymusowo przesiedlonych w 1947 roku – a zwłaszcza Eugeniusza Misiły. Liczne środowiska ukraińskie zadbały też o to, aby utrwalić pamięć o tragedii, wydając księgi pamięci, fundując i wmurowując tablice pamiątkowe, organizując obchody rocznicowe itp.

Miałem nadzieję, że redaktor Krzysztof Ziemiec faktycznie chciał wysłuchać relacji wysiedleńców, że pragnął ukazać dramatyczne losy poszczególnych osób w czasie akcji przesiedleńczej, że był gotów wiernie przedstawić rachunek cierpień, strat i krzywd. Nie mam niestety pewności, czy redaktor jest na tyle kompetentny, żeby zajmować się problemami ukraińskimi? Czy wystarczy, że jako harcerz zetknął się z wysiedleńcami na Dolnym Śląsku, a jako student Politechniki wędrował po bieszczadzkich szlakach? Kiedy i gdzie nauczył się swobodnie w mowie i piśmie operować obraźliwą zbitką propagandową „bandy UPA”? W jaki sposób doszedł do przekonania, że decyzję o akcji „Wisła” podjęto na Kremlu?

Nie kolekcjonuję ukrainików, więc książki K. Ziemca nie kupię. Nie poświęcę też czasu na jej przeczytanie. Tak postanowiłem po zapoznaniu się z jej fragmentem, zamieszczonym w „Plus Minus” oraz paroma stronami, dostępnymi w Internecie. Poraziła mnie ta bezsensowna kompilacja Wikipedii, przewodników po Bieszczadach i akt śledztw IPN-owskich, ożywiana czasami niezwykle dociekliwymi pytaniami autora, np.: „A pan Polak? Czy Rusin trochę?” Ileż razy można czytać o życiu Polaków i Rusinów w najlepszej komitywie aż do września 1939 roku? Jak długo jeszcze polski redaktor będzie pisał o sotni „Hrynia”, zamiast „Chrena”? Ten jeden błąd wskazuje, że autor dużo czerpał z antyukraińskich paszkwili.
Rozdział do przedruku w magazynie „Plus Minus” wybrano nie bez przyczyny. Rozmówcą Ziemca jest mieszkaniec bieszczadzkiej Terki, Polak, rocznik 1930, ostaniec po akcji „Wisła”, z bagażem przeżyć własnych i wiedzą bogatszą niż profesor M. Ryba, profesor G. Motyka i najwybitniejsi historycy z rzeszowskiego oddziału IPN. Cały wywód tego rzekomego świadka ma zaciemnić fakt zbrodni popełnionej przez oddział Wojsk Ochrony Pogranicza na ukraińskich cywilach w lipcu 1946 roku. Świadek plecie o krążącej po wsi sotni UPA złożonej z ok. 400 żołnierzy, wylicza wszystkie ukraińskie przewinienia od 1939 roku, a na koniec stwierdza, że „dopiero po akcji „Wisła” zrobiło się spokojniej”. Czyżby na darmo dr Roman Drozd wyszczególnił mity powtarzające się w polskich publikacjach nt. akcji „Wisła”?

Teza o konieczności przeprowadzenia przymusowego przesiedlenia Ukraińców dla umożliwienia likwidacji ukraińskiej partyzantki była lansowana od 1956 roku aż do końca PRL. Potem, dzięki ujawnionym dokumentom, stało się oczywiste, że władze państwa polskiego zmierzały do ostatecznego rozwiązania kwestii mniejszości ukraińskiej drogą całkowitej asymilacji. Przymusowe przesiedlenie i precyzyjne rozproszenie ludności ukraińskiej było więc niezbędne, aby proces asymilacji się rozpoczął i przebiegał możliwie szybko i nieodwracalnie.

Wskutek polityki asymilacji, prowadzonej konsekwentnie przez rządy komunistyczne, denacjonalizacji uległa zdecydowana większość ukraińskich wysiedleńców. Jeśli wierzyć spisom powszechnym GUS, świadomość odrębności narodowej zachowało tylko 30 tysięcy wysiedlonych i ich potomków oraz kilkutysięczna grupa emigrantów do USA, Kanady i innych krajów.

Redaktor Ziemiec słowami swojego interlokutora przekonuje, że wysiedleńcy z akcji „Wisła” nie dość, że uszli z życiem, to się spolonizowali, zurbanizowali, wykształcili i wzbogacili. Te dobrodziejstwa przedstawia jako skutek wysiedleń i pragnie, aby ta narracja trafiła do młodych czytelników.
Włączenie do książki reportażu z Terki jest dowodem na to, że autor dąży do usprawiedliwienia ewidentnej zbrodni, jakiej dopuściły się władze państwa polskiego wobec części obywateli, wyodrębnionych na podstawie kryterium etnicznego. Nie potępia przymusowego przesiedlenia, bo przecież z ludnoscią można było postąpić znacznie okrutniej; nie zarzuca ograbienia i pozbawienia własności nieruchomości; nie wytyka polonizacji, bo wysiedleńcy nie byli nawet Ukraińcami, lecz Rusinami; nie widzi możliwości powrotu wysiedlonych, ponieważ dorobili się na ziemiach zachodnich i tam poczuli się jak u siebie.

Krzysztof Ziemiec pracował nad książką dwa lata. Kiedy zaczynał, w relacjach polsko-ukrańskich działo się świetnie. Kiedy książka trafiła do księgarń, pomiędzy Polską a Ukrainą trwała już zimna wojna. Zważywszy, że autor „wysiedleńców” jest członkiem zespołu propagandowego, wspierającego obecne władze RP, również jego prywatna aktywność reporterska, popularyzatorska i marketingowa budzi większe zainteresowanie. Dlatego powinien gryźć się w język, kiedy wypowiada się publicznie na tematy ukraińskie, a szczególnie wtedy, kiedy miałby zamiar używać obraźliwego określenia w stosunku do oddziałów UPA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Uzupełnij pole: *